

| Psychologia | Art | Wydział | Film |
|
|
|
Patrycja Fojt |
|
Ile ofiar pochłonęła
niewiedza, uprzedzenia, lęk przed innym i nieznanym? Nie sposób zliczyć
ile osób zginęło w płomieniach, w klatkach, lochach. Niewątpliwie,
dziś "szaleniec" ma się lepiej. Wiedza i nauka nadały nie tylko nazwę,
ale również rangę choroby psychicznej średniowiecznemu obłędowi.
Miało to ogromny wpływ zarówno na sposób odnoszenia się ludzi wobec cierpiących
na tę chorobę (obecnie wiadomo już jak duże znaczenie ma to dla procesu
leczenia), jak i na sam sposób jej leczenia.
Choroba psychiczna,
zaburzenie umysłowe, obłęd, szaleństwo - istniały zawsze, jednak na przestrzeni
wieków obrosły wieloma mitami, były różnie rozumiane, definiowane i traktowane.
W Starożytności opętanie uważano za zakłócenie funkcjonowania ciała wskutek
przyczyn naturalnych (np. nieprawidłowej mieszaniny soków, które podrażniają
mózg). Wielki rzymski medyk - Celsus, tuż przed narodzinami Chrystusa w
swym dziele "De medicina" podjął się stworzenia pierwszej klasyfikacji
i opisu zaburzeń psychicznych (czyżby prototyp dzisiejszego DSM - IV?).
Celsus zaproponował również terapię - głodzenie i bicie łańcuchami nadmiernie
pobudzonych pacjentów (czego obecnie nie stosuje się...- nie trzeba chyba
nadmieniać). Ale już w średniowieczu wszelkie ekstremalne formy niedostosowania,
nieposłuszeństwa, szaleństwa - rozumiano jako opętanie, owładnięcie przez
złe demony, szatana. Diabeł miał być również przyczyną chorób cielesnych.
Jednak w tym czasie opętani, w przeciwieństwie do czarownic, uchodzą za
niewinnych, których można uleczyć na drodze religijnej za pomocą egzorcyzmów.
W późnym średniowieczu pojawiła się ciekawa hipoteza dotycząca przyczyny
szaleństwa. Otóż opętanie, według średniowiecznych medyków miało być powodowane
przez obecność kamienia szaleństwa znajdującego się w mózgu cierpiącego.
Oczywiście tę namacalną przyczynę należało jak najszybciej usunąć, do czego
medycy zabierali się ochoczo (pewnym dowodem średniowiecznej "psychoterapii"
są dzieła Piotra Breugla Starszego i J. Sandersa na których przedstawili
oni widok prosto z zabiegu usuwania kamienia). Nieuczciwi "chirurdzy" najczęściej
markowali te zabiegi i pokazywali fałszywe kamienie jako wyciągnięte z
głów chorych.
Pierwsza próba zastosowania
terminu - choroba psychiczna jako określenia medycznego, została podjęta
przez Teresę z Avile, która to, celem ochrony histeryzujących przed inkwizycją
mniszek, oświadczyła, że niektóre z nich, nie są opętane przez szatana,
ale jakby chore. Jednak przyjęcie terminu choroba psychiczna do oficjalnej
medycyny, nastąpiło dopiero ok. XIX w. Najpierw rozgraniczano jedynie psychozy,
ale już na początku XX w. dzięki badaniom Charcota, Freuda, Janeta, Pawłowa
włączono do medycyny również pojęcia nerwicy, niedorozwoju umysłowego i
zaburzeń osobowości.
Jak na przestrzeni
wieków kształtowała się opieka nad chorymi psychicznie? Otóż w średniowieczu
jeśli cierpiąca osoba miała szczęście, została uznana za chorą - trafiała
najczęściej do różnego rodzaju ochronek, klasztorów, leprozoriów, ale również
więzień i schronisk dla biednych. Jednak brak szczęścia mógł skończyć się
dla osoby chorej, przymusowym tourne po okolicznych jarmarkach, gdzie
"występowała" np. jako obiekt nie z tej ziemi. Dla kontrastu należy podać,
iż na obszarze panowania islamu, już od ok. 800 roku naszej ery chorzy
psychicznie otaczani byli specjalną opieką i przebywali w specjalnie przeznaczonych
dla nich miejscach. Wynikało to po prostu z innego punktu widzenia: Arabowie
uważali, iż choroba psychiczna jest łaską zesłaną od Boga.
Powstanie oddziału,
ale również pierwszego szpitala psychiatrycznego datuje się na 1546 rok
(jest to Bethlem Hospital w Londynie), a w 1552 roku w hiszpańskiej Walencji
ojciec Gilabert Jofre tworzy pierwszy, samodzielny dom psychiatryczny.
Ciekawie ewoluowały
również metody terapeutyczne - na co oczywiście bezsprzeczny wpływ wywierała
rozwijająca się nauka. Wspominałam już wcześniej o ciekawszych - tj. odprawianiu
egzorcyzmów, operowaniu kamienia szaleństwa. Zawsze jednak najczęściej
i najchętniej stosowano tzw. przymus bezpośredni. Nie wiedząc co dzieje
się z chorą istotą, oraz z lęku przed nią najłatwiej było ją obezwładnić
(np. skucie łańcuchami - przypominam, że pacjentów jeszcze dziś wiąże się
w pasy) i odosobnić (jak najdalej od świata - najlepiej w ciemnym, wilgotnym
lochu). "Opiekujący się" obłąkanymi cechowali się ogromną pomysłowością,
co niestety nie służyło wcale cierpiącym. Pewnym ważnym momentem w historii
psychiatrii i opieki nad chorymi psychicznie, był czyn francuskiego lekarza
Pinela, oraz jego współpracownika Pussina. W 1794 roku uwalniają oni chorych
psychicznie z łańcuchów. Pinel apeluje: "...obłąkani nie są winowajcami,
których trzeba karać. Są ludźmi chorymi, którzy zasługują na wzgląd, jaki
winni jesteśmy cierpiącej naturze ludzkiej". Pinel proponuje również życzliwość,
zrozumienie i dobrą wolę w stosunku do cierpiących - w zamian za stosowane
dotychczas "tresowanie" chorych za pomocą środków wymiotnych i przeczyszczających,
zimnych kąpieli, terapii szokowej itp.
W 1825 roku w Siegburgu
powstaje pierwsza w pruskiej dzielnicy Renu "lecznica dla obłąkanych".
Podstawowym założeniem kierownika tej placówki, doktora M. Jacobi
jest to, by była ona miejscem gdzie leczy się chorych, a nie izoluje
ich od świata i przechowuje. Jednak metody stosowane w Siegburgu nie są
rewolucyjnie skuteczne i nowoczesne. Jakobi, jako tzw. somatolog, który
upatrywał przyczyn zaburzeń psychicznych w chorobach cielesnych, zalecał
stosowanie diety i ruchu na świeżym powietrzu (były to przykładowo ćwiczenia
wojskowe dla obojga płci). Niestety nieprzerwanie panowały tam przymus
i restrykcja. Stosowano np. krzesło, a później nawet łóżko obrotowe, którego
zastosowanie wywoływało zawroty głowy u pacjenta i wymioty, co rzekomo
miało skutecznie zapobiegać napadom szału.
Na przełomie XIX
i XX w. powstają pierwsze koncepcje psychiatrii naukowej. W 1917 roku prof.
Psychiatrii E. Kraepelin zakłada w Monachium Niemiecki Zakład Badań nad
Psychiatrią. Kraeplin tworzy systematyczny porządek różnorodnych
psychicznych zjawisk chorobowych, który to utrwalił się do dziś w formie
międzynarodowej. Kraeplin apeluje również o poprawę traktowania chorych
w lecznictwie zamkniętym. Temu niemieckiemu psychiatrze należy również
zawdzięczać połączenie objawów psychotycznych (charakterystycznych jak
dzisiaj wiemy dla różnych postaci schizofrenii) w całość i nazwał je otępieniem
wczesnym. Tej jednostce chorobowej E. Bleuler w 1911 roku nadał imię -
schizofrenia.
Do innego spojrzenia
na chorych psychicznie przyczynił się w 1922 roku H.Prinzhorn - asystent
w Klinice Psychiatrycznej w Heidelbergu. Otóż opublikował on "Sztukę chorego
umysłowo" i tym samym zwrócił światu uwagę na twórcze możliwości ludzi
chorych oraz bogactwo ich wewnętrznego świata.
Opisując dzieje
choroby psychicznej nie można zapomnieć o jednym fakcie mającym duże znaczenie
w terapii. W 1935 roku, Portugalczyk A. Moniz proponuje nową, rewolucyjną
metodę leczenia ciężkich, szczególnie agresywnych przypadków chorych psychicznie.
Ma ona polegać na przecięciu połączenia między płatami czołowymi, a pozostałymi
częściami mózgu. Metoda ta została przyjęta z entuzjazmem co owocowało
(niestety) w ogromną ilość pacjentów niemal cudownie uzdrowionych... i
pozbawionych życia uczuciowego, obojętnych nawet na ból i wszystko co dzieje
się wokół nich... Twórca leukotomii A. Moniz w 1949 roku otrzymał za ten
"zbawienny" środek dla psychicznie chorych Nagrodę Nobla.
Dzisiaj świat wokół
chorego psychicznie wygląda zupełnie inaczej. Choć opiece nad cierpiącymi
można jeszcze wiele zarzucić, są podstawy ku temu by z optymizmem
patrzeć w przyszłość. Zamiast łańcuchów, łóżka obrotowego i skalpela mamy
dzisiaj psychiatrię konsultacyjną, terapię chorób psychicznych za pomocą
metod farmakologicznych i psychoterapeutycznych jako uzupełniających
się, wreszcie uciekanie od instytucjonalizmu i rozwój opieki środowiskowej.
Bohaterem sztuki (życia) jest ona. Dobrze nam znana; jeśli nie do końca odkryta i zgłębiona, to przynajmniej swojsko okiełznana. Jej imię wymawiamy z wypiętą piersią, z rozdrażnieniem, z zachwytem i jakkolwiek inaczej. Ważne po prostu, że jest. A to fakt niezaprzeczalny. Psss..., psss... PSYCHOLOGIA.
ODSŁONA PIERWSZA
Rzecz dzieje się gdziekolwiek. Współcześnie.
Jest Sylwester, parę minut po wybiciu północy. Towarzystwo w szampańskich
nastrojach wybiega tanecznym krokiem na balkon (I piętro), by w zachwycie
oglądać popisy pirotechniczne sąsiadów.
Dziewczyna (do reszty towarzystwa)
Musimy przywołać tych ludzi bliżej nas, te drzewa zasłaniają cały widok
sztucznych ogni.
Reszta Niezła idea; co zatem
czynimy?
(Chwila ciszy. I tylko słychać jak
gdzieś ukradkiem JEJ siła wdziera się w grupę. Jest eureka!)
Dziewczyna z koleżanką Słuchajcie;
należy dostarczyć im pozytywnego wzmocnienia. Muszą poczuć większy sens
swojej roboty, doświadczyć nie tylko uciechy, że sobie poświecą, ale też
przekonania, że są najlepsi w swej dziedzinie, że wzbudzają w nas zachwyt
itd. Zatem do dzieła.
Panuje nieopisany entuzjazm, słychać
nieustające oklaski, gwizdy oraz inne efekty dźwiękowe.
Towarzystwo Brawa dla tych panów.
Na cześć naszych wspaniałych sąsiadów głośne: "Hip, hip, hura!!! O, jakie
to piękne; jakie cuda. Prosimy o jeszcze.....
Po chwili panowie (dwaj) poodchodzą
pod balkon i kontynuują przy nie gasnącym aplauzie, swoje sztuczki. Finalnie
pod balkonem stoją jeszcze dwie inne rodziny. Ale co za dużo, to nie zdrowo
i w momencie gdy do pokoju wpadają rozżarzone fragmenty, towarzystwo przerywa
wzmacnianie i opuszcza balkon.
ODSŁONA DRUGA
Miejscem akcji jest księgarnia. Nowoczesna,
dobrze zaopatrzona (nowości, wznowienia), którą odwiedza bardzo wiele osób.
Liczni kupujący.
Dziewczyna (trzyma już w
ręce wybraną książkę i zwraca się do ekspedientki) Czy jest może najnowsza
książka X, Y (widoczny błysk w oczach).
Ekspedientka (z entuzjazmem)
Ależ proszę uprzejmie (podaje pozycję i zostawia zainteresowaną sam
na sam z dziełem, ale nie na dłużej niż dwie minuty) A czy widziała
już pani najnowszą książkę z serii X. Naprawdę warta polecenia.
Dziewczyna (z lekkim zawstydzeniem
sugerującym nieznajomość tematu) Nie. A cóż to takiego? - w duchu dodaje:
kurcze, ale ja się opuściłam.
Ekspedientka (podsuwając
osiem różnych książek pod nos dziewczyny) Te dwie pierwsze są fenomenalne.
Ta trzecia napisana przez niemiecką pisarkę, dech zapiera......
Dziewczyna (siląc się na
stanowczy ton, ale pożądliwe spoglądająca na książki) Muszę zobaczyć
czy któraś z nich nie została już zakupiona przez moją zaprzyjaźnioną bibliotekę.
Gdybym chciała mieć wszystkie książki, które....
Ekspedientka (grzecznie wchodząc
w zdanie) Proszę nie czuć się zobowiązaną do zakupu którejkolwiek.
Ale czy nie wie pani, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba
posiadania. Chodzi o to, aby mieć i oswajać się z tym co się ma - nawet
jeśli to coś ma leżeć trochę na półce.
Dziewczyna (do siebie)
Co jest grane? No jasne, że mam potrzebę, aby mieć ją na własność. I nie
ważne jest czy chodzi tu o odwieczne "mieć", czy o moją orientację intelektualną
(zetknięcie z określonymi przedmiotami i wykonywanie czynności poznawczych).
Ważne, że kupuję tę książkę bo mam taką potrzebę i to jest normalne. To
jest wręcz konieczne do mego prawidłowego funkcjonowania! (głośno):
To ja wezmę X i Y. Dziękuję.
ODSŁONA TRZECIA:
Bohaterami scenki są młodzi, zakochani
w sobie ludzie. Wybrali się na zakupy do dużego miasta. Chodzą od sklepu
do sklepu, kupując drobne produkty.
Ona (nagle, w momencie mijania
sklepu z bielizną) Słyszałeś, że Benia i Benek kupili sobie nową zmywarkę?
On (normalnie) Tak?
Ona (niezwykle zaaferowana)
Słuchaj, jak miałabym taką zmywarkę ...
On Przecież i tak nie zmywasz.
Ona (niby lekko zmieszana)
Racja. Chodźmy więc zobaczyć buty. Zbliża się wiosna. (Już w sklepie).
Te są piękne. Kup mi te!
On (zbulwersowany) Zwariowałaś.
Te buty kosztują 500 zł. Maksymalnie mogę wydać na twoje zachcianki 200
zł.
Ona (z uśmiechem) Słowo
się rzekło. Kup mi zatem bieliznę. Zaraz ci pokażę, o jaką mi chodzi. Jest
naprawdę śliczna! (do siebie) Że też mężczyzn trzeba tak długo podchodzić,
zanim osiągnie się cel. Tyle czasu straciłam dopracowując technikę odmowa-wycofanie.
Rozpoczęłam od dużej prośby - zmywarka - następnie wycofałam się do prośby
najmniejszej - bielizna - (na której spełnieniu od początku mi zależało).
EPILOG:
Wpływ JEJ WYSOKOŚCI jest w zasadzie
widoczny na każdym kroku codziennego życia. Zaiste chwalebne, że wiedza
znajduje tak szerokie zastosowanie w praktyce.
I tylko boję się, że komuś przyjdzie
na myśl zastąpić moje słowo: "użyteczność", innym - "manipulacja".
Bądź co bądź powoli, ale nieuchronnie zbliża się czas, kiedy tabun studentów psychologii będzie usiłował wyszukać miejsce odbycia praktyk. Znalezienie siedziby odpowiadającej oczekiwaniom nie jest wcale proste, wręcz przeciwnie, można się nieźle wkopać serwując przez 8 godzin kawę i przeglądając czasopisma. Poniżej - zestaw kilku przetestowanych już miejsc. Wyciągając z tych krótkich notek wnioski i sięgając (lub nie) po telefon pamiętajcie, że zawsze i wszędzie - każda informacja jest stronnicza.
Pracownia psychometryczna
Elektrownia Jaworzno III
Jaworzno, ul. Promienna 51
Można poznać dużo metod z zakresu
badań psychometrycznych, ale bez przepracowania. Zaletą jest
miła atmosfera i możliwość zaznajomienia się z komputerem. Z czystym sumieniem
można polecić.
Pracownia psychometryczna badań kierowców
Chorzów, ul. Batorego
Podobnie jak poprzednio - miła atmosfera,
ale poziom nowości z jakimi można się zapoznać zdecydowanie bardziej umiarkowany.
Oddział psychiatryczny ZOZ
Oświęcim, ul. Szpitalna
Zwiedzanie szpitala i "nauka rozmowy"
z niektórymi pacjentami, MMPI w praktyce. Bywa nudno; praktykanci
nie są witani z otwartymi rękami. Są bardziej prężnie działające oddziały.
Dla wytrwałych.
Agencja Doradztwa Personalnego A-Z
Zabrze, ul. Wolności
Przyspieszona wersja kursu sekretarsko
- asystenckiego, młody psycholog może nauczyć się jak tego rodzaju agencje
nie powinny funkcjonować. Dla tych, którzy chcą zmienić sobie orientację
zawodową.
Gabinety psychologiczno - pedagogiczne
Gliwice, ul. Zwycięstwa
Prawdopodobnie brak zaufania do umiejętności
studentów sprawia, że przyjęte jest tam wyłącznie wprawianie praktykanta
w rolę obserwatora (co jest niekoniecznie kształcące). Z tego powodu -
dla bardzo nieśmiałych.
Agencja reklamowa Pol- Media
Katowice, ul. Dyrekcyjna
Nie poznasz tam działania agencji od
podszewki, nie znajdziesz profesjonalizmu pracoholików, czy
miejsca dla psychologa. W przyjacielskiej atmosferze - co trzeba przyznać
- poznasz za to Katowice biegając po ulicach jako kurier.
Pracownia psychologiczna Huty Katowice
Dąbrowa Górnicza, tel. 262 22 56
Typowa pracownia psychometryczna, niezbyt
wiele do roboty. Mimo braku zajęcia trzeba swoje "odsiedzieć". Dla zainteresowanych
badaniem suwnicowych.
"Jak powiedzieć krótko
niezadługo" są to słowa zaczerpnięte z wykładów prof. Brzezińskiego na
temat "Pułapki metodologiczne w psychologii", który odbył się 17.II na
naszym wydziale.
Ludzi przyszło mnóstwo.
Musieliśmy się przenosić ze ślicznej sali 101 do obskurnej odrapanej 208
(myślę, że każdy się trochę wstydził, że taki profesor w takiej sali).
Nie dziwię się dużej
frekwencji. Profesor reprezentuje metodologię z ludzką twarzą - jest ona
przyswajalna dla zwykłego śmiertelnika. Wykład był bardzo jasny i logiczny
ale też pełen troski "jak powiedzieć krótko niezadługo", bo przecież temat
rzeka. Przetrzymaliśmy trochę profesora zadając mu pytania. Przecież u
nas na uczelni profesor to niestety rzadkość, a bardzo dobre wykłady też
nie zdarzają się najczęściej. Ale dość już tych opowieści. Proponuję Wam
malutką powtórkę z metodologii.
Pułapki
1. Zbyt mało jest refleksji teoretycznej.
By wyjaśnić i opisać rzeczywistość konstruujemy teorie. Z grubsza mówiąc
dzieje się to w 3 etapach:
Przyjechał teatr, Teatr przez duże Te.
Niebywała sensacja.
W infantylnym zauroczeniu biegną starcy
na spotkanie Sztuki
Przez duże eS.
Przybiegli na plac, gdzie natychmiast
otoczyła ich aura tajemniczości.
Usiedli na swoich pomarszczonych jabłuszkach
Czekali, czekali, czekali - pośród
dziwnych dekoracji,
Dekoracji przez duże De.
Nagle zjawił się człowiek.
Wszyscy wiedzieli, że to Aktor,
przez duże A.
I powiedział:
- Przepraszam Państwa - przez duże
Pe - z głębi swego serca,
Albowiem dramat nie zostanie dziś wystawiony,
poniekąd przez duże De.
I zszedł ze sceny.
Przez duże eS.
Wzruszeni i zapłakani starcy wyruszyli
w drogę powrotną.
Niezwykle zadowoleni, iż będą mogli
opowiedzieć
Jakie było udane i porywające za serca
Przedstawienie.
Przez duże Pe.
***
Patrzysz mi w oczy, a Twoje dłonie obiecują
dobro
Usta są wykrzywione, a Twoje słowa
ranią jak sztylet
Trzymasz mnie w niewoli, dręczysz moją
duszę
A inni myślą, że darzysz mnie wielkim
uczuciem
Nienawidzisz - tak mocno, że mógłbyś
zabić
Nienawidzisz - ale na razie bawisz
się cierpieniem
Wyniszczeniem duszy do cna, by potem
wyrzucić zezwłok do śmieci
Zwabiłeś mnie w pułapkę Twoich silnych
ramion
A one zacieśniają się coraz mocniej
I nie mogę złapać oddechu - dopiero
teraz świetnie się bawisz
Nareszcie usta trwają w uśmiechu,
A zmysły są podniecone cudzym bólem
I kiedy próbuję uciec, spychasz mnie
w otchłań,
By potem zejść na dół i podziwiać obrazy,
Które wychlapała krew z rozbitego mózgu
***
Umieram. Po prostu stwierdzam fakt. Nie wiecie jak to jest? Coś zaczyna boleć, pulsując delikatnie niczym rodzące się życie, ale zamiast tego inicjując proces nieuchronnie prowadzący do stanu agonalnego. Wszystko to rozpoczyna się w wieku dwudziestukilku lat. Nie ma już rozwoju. Początkowo istnieje swoista stagnacja, a potem rozkład. Ten ból, który się czuje oznacza śmierć kolejnej komórki organizmu. Niby nic, bo cóż oznacza jedna komórka. Lecz proces postępuje dalej i w końcu twojemu ciału brakuje sił by znów coś naprawić czy ulepszyć - lega niszczycielskiej sile. Nic ci nie pomogą tomy przeczytanej literatury, setki filmów tworzonych przez bardzo dobrych reżyserów, muzyka malarstwo... To wszystko nie doda ci sił, a jedyni wykończy umysł obciążony zbyt dużą pracą. Zaczynasz umierać mając dwadzieścia kilka lat. A skoro tak, to co oznacza życie? Życie to śmierć. Ktoś powie - kolejny oklepany banał i frazes. Być może, ale nie zmieni to faktu, że umieram...
***
Długo czekałem na
nowe mieszkanie. Regularnie płaciłem składki wyznając zasadę: "Tylko cierpliwość
wieńczy sukces." Ostatecznie moje marzenia przybrały realną postać, a ja
z kluczami w ręku ideałem się na oględziny tego cudu. Nowe osiedle prezentowało
się okazale. Bardzo dużo drzew, zieleni sprawiało przyjemne wrażenie przytulności
i ciepła. Dawno nie czułem się tak podekscytowany. Moje mieszkanie było
duże i jasne. Sprawiało wrażenie rozległego, ale gdy je umeblowałem odzyskało
właściwe proporcje.
W takich chwilach
jak ta, gdy znów śpię na ławce w parku te wspomnienia nachodzą mnie bez
przerwy. To już piąty raz w tym miesiącu jestem zmuszany rozkładać gazety
na innej, gdzie ktoś wypisał jakieś przekleństwa. A wszystko to dzieje
się za sprawą mgły. Och, jak ja jej nienawidzę. Gdy tylko zbliżę się do
mego bloku, nie mogę go znaleźć. Do cholery, nie potrafię do niego trafić.
Rozpływa się w mlecznym łonie i czasem, gdy wiatr rozerwie chmury, ukazuje
się na mgnienie oka w poświacie księżyca, jak widmo - by zaraz zniknąć...
| ***
Czy to krople deszczu...
|
***
Stwórz mnie
|
Można się tego było spodziewać. Artykuł Marcina Golki pt. "Seksmisja" z nr. 2, 98 spotkał się z dużym oddźwiękiem. Temat, którego dotyczył, poruszył chyba większość studentek naszego Wydziału. Prezentujemy poniżej przykładowe wypowiedzi.
PS. A swoją drogą korzystaj i ucz się od sióstr higieny oraz atrakcyjności! Patrz najnowszy katalog "Oriflame" dostępny na każdym korytarzu.
Trudno uwierzyć, że artykuł Marcina Golki spotkał się z waszą krytyką, drogie "siostry". Osobiście zgadzam się z nim w 100%, no może w 99% - nie bardzo podoba mi się pomysł wymiany informacji... genetycznej w kabinie WC. Ale to prawda, że feminizacja fatalnie wpływa na życie studenckie PIPSu. Zacznijmy więc "siostry" cieszyć się i doceniać obecność tych nielicznych wśród nas Panów - i nie bądźcie takie oburzone kiedy któryś odważy się was skrytykować.
W odpowiedzi na artykuł
autorstwa Marcina Golki pt. "Seksmisja", który ukazał się w trzecim numerze
kochanej gazetki (podkreślenie red.) chciałabym napisać kilka słów. Otóż
w pierwszej chwili olśniło mnie... ktoś skopiował moje myśli, potem zrozumiałam,
że to nie kopie, lecz podobieństwo poglądów. Uważam, że zasadne jest mówienie
o stagnacji PiPsu, zamarło życie studenckie. Wykłady przeplatają się z
ćwiczeniami, a potem już tylko na pociąg... szybko do domu, albo na autobus,
nie ważne jak, byle szybko. Nikomu nie chce się już nic robić. Na propozycję
półmetka każdy odwraca głowę, a jak już zmusza się by coś powiedział, to
mówi, że się postara, ale z pewnością braknie czasu. Wspólne wyjście? Nie,
lepiej do domu, tak uważa większość. A w naszym klubie? Ostatni raz jak
przyszłam na imprezę (choć dawno to było) bawiłam się w gronie dziewięciu
osób. A co robiła w tym czasie reszta? Pewnie jak już zajechała do domu,
to nie chciało się jej z powrotem wyjść.
Nie oceniam tego
co się dzieje, ale widzę pilną potrzebę zmian, stąd przyłączam się do rozpaczliwego
głosu Marcina, by przerwać smutną agonię, by wykorzystać to co mamy w lepszy
sposób, by się bawić, cieszyć i "wydobyć z ciemności" na światło dzienne
definicję życia studenckiego, odkurzyć starannie... Wtedy na pewno w piorunującym
tempie przyjdzie wgląd, że doszło do koszmarnej pomyłki i wzbogacimy się
o poczucie, że zawsze jest czas na zmianę pod warunkiem, że obudzimy się
zanim przed naszym nazwiskiem pojawi się upragniony skrót - mgr...
Cisza bez życia jakiej
nie zna ludzkie ucho... Niebieska ściana wody przebijana snopami światła,
otwiera się by odkryć ukryty za nią skarb. Klejnot ludzkiej myśli
twórczej upuszczony bezładnie na dno oceanu. Titanic - wieczny, lecz martwy...
Poręcze okryte rdzą i algami, oplecione wodorostami, sale, w których goszczą
już tylko ryby przeszukując zuchwale porzucone w pośpiechu przedmioty:
buty, skrzynie - zaklęta przeszłość bez przyszłości. To jeden z pierwszych
kadrów filmu, na którym udało mi się być. Od chwili, gdy Titanic wpłynął
na ekrany zagęścił atmosferę wokół siebie. Recenzenci krytykują (Fakty
nr 8), oklaskują (Cinema nr 2), ale nie są obojętni. Nie są też obojętni
widzowie, którzy podnoszą jego prestiż długością kolejek przed kinem.
Nie kusząc
się o streszczenie 3 godzin i 14 minut seansu - można powiedzieć krótko
- to nie tylko rekonstrukcja wydarzeń z nocy 15 IV 1912 roku i romansidło
odrzucające niektórych panów, to coś więcej. Ten film swym przesłaniem
dotyka sensu ludzkiego życia w obliczu śmierci i tego co naprawdę jest
ważne wobec jej nieuchronności. Film uwypukla temat bardzo aktualny - jak
łatwo człowiek "Pan Stworzenia" - może stać się jego poddanym o zawiedzionym
geniuszu...
Ale też podkreśla
ludzkie pragnienie wolności tworzenia swojego życia, bycia autentycznym
bez "trzeba" i "wypada", bo życie jest zbyt kruche i krótkie, by istnieć
w niezgodzie z sobą.
Wszystko może
zmienić się w ciągu kilku minut - a wtedy liczy się tylko miłość - we wszystkich
odcieniach, dawana bezinteresownie, która jest jedynym kapitałem, z którym
warto odejść. To film o każdym z nas, bo jak mówi reżyser Cameron: "Titanic
jest przypowieścią o nieuchronności śmierci. My wszyscy płyniemy na Titanicu,
tylko, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. I nie wiemy jak i kiedy
go opuścimy". Więc "spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.
Zrozum to jak chcesz.
Na Titanicu możesz siebie odnaleźć. I swoją szansę, której oni ni mieli.
Tak to się szczęśliwie
składa, że jestem jednym z tych dwóch milionów Polaków, którzy poszli do
kina na "Kilera" J. Machulskiego. I wcale nie czuję się ani trochę zawiedziony,
czy rozczarowany treścią i poziomem artystycznym tego filmu. Po prostu
wiedziałem po co idę do kina. Wcześniej jednak czytałem o sukcesach tego
filmu, a także zbierałem wiadomości od znajomych, którzy widzieli go wcześniej.
Wszyscy potwierdzili fakt, że warto jest "Kilera" zobaczyć. Zdecydowałem
się.
Film miał
faktycznie fajną obsadę - co dodawało mu pikanterii i tworzyło przedsmak
wybornej zabawy. Film był lekki, śmieszny i przyjemny. Czego trzeba więcej?
Jest to komedia
specyficzna, wyśmiewająca nasze polskie realia - nieudolność POLICJI, rozwijającą
się przestępczość zorganizowaną, łapówkarstwo, łatwość zrobienia kokosowego
interesu, oraz zaistnienie w całkiem nowej życiowej roli. Ponadto, oglądając
w jednym filmie Pazurę, Rewińskiego, Figurę itd. mamy zapewnioną dobrą
zabawę. Zgadzam się z koleżanką, że film ten nie niesie ze sobą tak głębokich
treści jak "Szczęśliwego Nowego Jorku" czy "Historie miłosne", ale sedno
sprawy tkwi w nieporównywalności tych produkcji. Są to całkiem różne dzieła.
Osobiście
nie czuję się jak "szara masa i tłum" ślepo biegnący na każdy film z Czarkiem,
czy Bogusiem, tylko dlatego, że ON tam gra. Poza tym, podczas projekcji
"Kilera" nie słyszałem śmiechów wywoływanych przekleństwami, niczym nie
uzasadnionych. Być może poszedłem nie do tego kina i nie na ten seans.
A może po prostu znalazłem się w kinie z ludźmi odbierającymi na tych samych
falach (czytaj: z ludźmi świadomymi dokonanego wyboru).
Ja wcale nie
usiłuję bronić tego filmu, nie zachęcam też na siłę do jego zobaczenia.
Jednak kiedy już go zobaczymy, nie przyznawajmy się publicznie do tego,
że śmialiśmy się w momentach kiedy nikt inny tego nie robił... To może
budzić dziwne skojarzenia... Racją jest, że "póki co jesteśmy wolni i możemy
tego po prostu nie oglądać. Moje pojmowanie wolności daje mi także prawo
do wyrażenia niniejszej, odmiennej opinii.
P.S. "Pani Małgosiu, dałem Kilerowi
zlecenie na panią. Do widzenia pani."
| Powyższy artykuł jest odpowiedzą na recenzję filmu "Kiler" pt. "Pazur Kilera - Kiler Pazura" Małgorzaty Łodej z numeru 3, 98. Zamieszczamy go pomimo, że uważamy pisanie recenzji o recenzji za zbytnie komplikowanie struktury świata i czynimy to po raz ostatni. Poza tym w dobrym stylu jest powstrzymywanie się od dyskusji o gustach (Red.). |
