

| Psychologia | Art | Wydział | Recenzje i Spotkania |
| Teoria
i praktyka
Joanna Kasza Prostytucja czy altruizm? Jarosław Polak |
Gorączka
sobotniej nocy
Patrycja Gawrońska Patrzyłem... Twórczość Izabeli Krokowskiej |
Seksmisja
Aula Z. Klaustrofobia |
Doktorat
Horroris Causa Jacquesa Derridy
Gospodarz Gra Anna Syrek Kotlet z cioci Leszek Naziemiec |
Jeśli
jesteś psychologiem pasjonatem, z manią sprawdzania teorii w praktyce,
to jest takie miejsce, gdzie możesz to zrobić "hurtem". Przystanek autobusowy
i środki komunikacji, to tu możesz sprawdzić się w zawodowych umiejętnościach.
Nie wierzysz?
Już na pierwszy rzut oka rozróżnisz jednostki wysokoreaktywne od niskoreaktywnych.
Te pierwsze ustawiają się tuż przy podjeździe, by zaoszczędzić sobie nadmiernej
stymulacji z dopadania do drzwi z rozpędu. Natomiast niskoreaktywni właśnie
dopingują się hamburgerem na drugim końcu chodnika...
Tu z pewnością nie grozi zapominanie na skutek braku klucza - już na sam
widok tłumu uruchamiają się z pamięci długotrwałej skrypty, plany, scenariusze
dotyczące efektywnego radzenia sobie w sytuacji trudnej. Trzeba więc najpierw
wybrać strategiczną pozycję umożliwiającą wejście do pojazdu (nie wolno
zapominać o błędzie pierwszego wrażenia!) Elegancko ubrany pan wcale nie
musi okazać się szarmancki wobec pań...
I oto podjeżdża źródło frustracji. No i dobrze wiadomo, że nie obędzie
się bez agresji - kopniaków, kuksańców i wyzwisk. Zatem kolejna teoria
sprawdzona. Nie wspomnę tu o wysokoreaktywnych z duży lękiem, którzy się
z pewnością nie załapali (chyba, że wystąpiła u nich reakcja upozorowana).
I nie martw się, że kopałeś tak samo, przecież w tłumie jednostka się dezindywidualizuje
- robi to, co robią wszyscy (Le Bon Cię usprawiedliwił).
Nie wierzyłeś, że silne emocje np. w stresie zakłócają procesy poznawcze?
Wiec rozejrzyj się, ilu pasażerów dopytuje gorączkowo jaki to numer autobusu,
ilu w środku trasy przypomina sobie o nie skasowanym bilecie? Ktoś mądry
już o tym pomyślał i okleił pojazd hasłami typu: "Po wejściu skasować bilet",
czy "Podczas jazdy trzymać się poręczy i uchwytów".
Czy większość siedzących to mężczyźni? Jeśli tak to rację mają specjaliści
od psychologii płci pisząc coś o myśleniu strategicznym. W tym wypadku
dotyczy ono tematu: jak dopaść siedzenia. Ale biedacy muszą teraz stosować
najrozmaitsze mechanizmy obronne typu racjonalizacja - "muszę siedzieć,
bo jestem śpiący", lub wyparcie - gazeta.
A ty - nie zazdrość im, chociaż stoisz w ścisku i tłoku, zdobyłeś przecież
tyle informacji. Może warto więc jeździć częściej?
Życzę Ci wielu szczęśliwych podróży - koniecznie bez agresji przeniesionej.
"Dawno, dawno temu, kiedy
nie było jeszcze psychoterapeutów, ludzie mieli rodziny, przyjaciół, bliskich
znajomych, z którymi czasem rozmawiali o swoich ważnych sprawach." Na szczęście,
my jeszcze żyjemy w takich czasach, ale czy długo to jeszcze potrwa? Do
niedawna problem miejsca psychoterapii we współczesnej rzeczywistości w
Polsce był właściwie nieistotny. Ale wraz z tzw. zmianą ustrojową, kiedy
zmieniło się wszystko, zmienił także świat psychologów. Pojawiły się organizacje,
instytucje i funkcje, które dotychczas w naszej nienormalnej rzeczywistości
nie istniały, lub istniały w jakiejś zwyrodniałej, dziwacznej formie. Pojawił
się więc także psychoterapeuta w postaci, by tak rzec - masowej, a wraz
z nim rozliczne problemy, które innym, cywilizowanym krajom znane są już
od dawna.
Warto przyjrzeć się kilku
interesującym przypadkom, które mają związek z pomocą psychologiczną. Koło
budki telefonicznej ogłoszenie: bioenergoterapeuta, astrolog, znawca Tarota,
psychoterapeuta leczy wszelkie dolegliwości. Albo to: jakiś pan po skończeniu
resocjalizacji otwiera gabinet terapeutyczny; człowiek przystojny, więc
klientki garną się do niego, a że terapia była sposobem na wykorzystywanie
seksualne szukających pomocy pań ujawnił dopiero proces sądowy. Nowinka
z Izraela: otwarto tam klinikę, w której leczy się zaburzenia seksualne
panów, a pracują w niej kobiety, które pobierają za te usługi pensję; pytanie:
jak nazwać te panie i osoby, które je zatrudniają? "Wiadomości" podają:
w USA młoda kobieta oskarża swojego psychoterapeutę o wmówienie jej, że
w dzieciństwie ojciec molestował ją seksualnie; proces toczy się o bardzo
wielkie pieniądze. Podobne przykłady można by mnożyć, jednak te wystarczą
by jasne się stało, że psychoterapia jak wszelkie twory społeczne może
ulec wynaturzeniom, które daleko przekraczają wyobraźnię swych twórców.
Są to zarazem ostrzeżenia. Wszystko wskazuje jednak na to, że mimo tych
ostrzeżeń i tak wpadniemy w pułapki, w które wpadli już inni, i w które
nie raz wpadliśmy my sami.
Trzeba pamiętać, że psychoterapia,
która z definicji jest procesem mającym na celu pomoc człowiekowi cierpiącemu
niezwykle łatwo staje się czymś złym, czymś co szkodzi. Trudno powiedzieć
krótko dlaczego tak jest, pewne jest jednak, że ma to związek z uleganiem
pokusie przedmiotowego traktowania drugiego człowieka. Rutyna, pieniądze,
goniący czas, zniecierpliwienie - dzisiaj, kiedy tak łatwo stajemy się
podzespołami maszynerii społecznej, nastawionymi na zysk, w ciągłym poczuciu
braku czasu i braku cierpliwości, istnieją wręcz idealne warunki by psychoterapia
stała się relacją "ja - ono" w miejsce relacji "ja - ty". Olbrzymią pokusę
stanowią pieniądze, kiedy podczas tzw. psychoterapii doprowadza np. się
do tego, że klient bez pomocy terapeuty nie potrafi rozwiązać ani najprostszych
zadań życiowych, ani sznurowadła i w ten sposób staje się źródłem utrzymania
na długie lata. Istotne są tu również społeczne oczekiwania jakie są wobec
psychoterapii stawiane. W społeczeństwie, w którym rodzina komunikuje się
za pomocą domowej tablicy informacyjnej (a do tego, jak się zdaje, usilnie
zmierzamy), ludzie funkcjonują w coraz większej samotności w powiększającym
się wokół nich tłumie. Potrzeby kontaktu i bezpieczeństwa zaspokajane są
więc w gabinecie psychologa. Winy nie można jednak zwalać na czasy, w których
żyjemy, gdyż odpowiedzialność za czyny ponosimy my sami niezależnie od
czasów.
Jaki będzie status psychoterapeuty
w nadchodzącym XXI stuleciu (to już tylko 2 lata!)? Być może jesteśmy bliscy
czasu, gdy stworzona w laboratorium pigułka będzie w stanie załatwić wszystko,
od samooceny poprzez nastrój, aż po wywoływanie działań twórczych. Czyżby
więc nadchodził kres tego pięknego zawodu? Bardzo możliwe, należy jednak
mieć nadzieję, że ludzkość modę na farmakologiczne usuwanie dolegliwości
psychicznych (nie mówię tu o chorobach psychicznych) potraktuje dokładnie
tak jak wszystkie mody na rzecz wykorzystania mechanizmów samoregulacji
organizmu. Ale nawet jeśli zagrożenie nie pochodzi ze strony pigułek, pytanie
pozostaje ważne. Bo czy trzeba mieć wyższe wykształcenie by pomagać w sposób
"profesjonalny"? I czy koniecznie musi być to dyplom psychologa, a nie
np. studium psychotronicznego? Niepokój psychologów wzbudzają również takie
zjawiska jak terapia korespondencyjna, nie wspominając już o niebezpośrednim,
ale "twarzą w twarz" kontakcie terapeutycznym przez Internet. Niepokój
ten powstaje choćby dlatego, że przecież i psycholodzy muszą z czegoś żyć,
jak również dlatego, że można mieć wątpliwości czy autentyczna pomoc, jako
spotkanie człowieka z człowiekiem jest możliwa na wszystkie opisane powyżej
sposoby. Jest to raczej wątpliwe, choć kto wie...
Psychoterapia jako zjawisko
otaczającego nas świata dopiero określa swe miejsce i granice. W zamieszaniu
zawsze można spojrzeć tam, gdzie zawsze jest porządek, czyli wstecz. Dla
starożytnych Greków słowo terapeuo znaczyło: służę, czczę, opiekuję
się. Pięknie, nieprawdaż? Ale czy na to określenie zasługuje udzielanie
rad przez Internet, sprzedaż własnego ciała w klinice leczącej impotencję
i tym podobne dziwactwa? Czy w świecie, który je zaakceptuje będzie jeszcze
możliwa prawdziwa pomoc wynikająca z tzw. miłości bliźniego, współczucia,
poczucia jedności losu itd.? Jak pomoc ta będzie wyglądała za kilka lat,
kiedy nasze społeczeństwo wejdzie również w tzw. okres postindustrialny?
Trudno odpowiedzieć na te pytania. Psychoterapeuci powinni jednak uważnie
obserwować otaczający świat, by w przyszłości nie okazali się kimś zupełnie
innym, niż by chcieli.
Kolejny dzień obudził mnie swym szarym, zapłakanym deszczem obliczem. Znowu
trzeba ruszyć tyłek z ciepłego łóżeczka i udać się na "ukochany" Wydział.
Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze i bynajmniej nie chodzi tu o planowe
zajęcia, ale o specyfikę PiPsu. Chociaż z drugiej strony może wcale nie
jest tak źle?
Przechadzam się korytarzami,
tabuny dziewcząt spacerują, siedzą, rozmawiają, stoją w kolejce do ksero.
Nic, tylko podziwiać damską modę i urodę. Wszystko byłoby pięknie, tylko
coś mnie powstrzymuje od wydawania okrzyków zachwytu. Wyczuwa się tu jakiś
taki marazm, zastój i bezsens tego wszystkiego. Dziewczyny snują się po
korytarzach, niektóre wymalowane jak do roli we francuskim filmie, inne
w miniówkach drażnią swoje mniej zgrabne koleżanki. I jeszcze te rozmowy,
w większości monotematyczne, grzeczne, ułożone, choć niekiedy cięte i uszczypliwe:
- znowu nic nie przeczytałam, to jest
takie nudne...
- wiesz ile zajęło mi pisanie tej pracy
siostro!, a ty ją chcesz pożyczyć!
- och! masz nowy katalog Oriflame,
mogę przejrzeć, -ależ oczywiście siostro;
- te z psychologii to są takie zarozumiałe;
i to ma być przyszła psycholog?!
- widzisz te wszystkie-to pedagogika,
nawet ładne laleczki, ale głupie co one tam wiedzą, to skandal, że mają
uczyć nasze dzieci.
Brrr, przypomina to scenariusz
słynnego filmu, jednak komedią nie jest, a o zgrozo! rzeczywistością. Wszystko
tu kisi się we własnym sosie i coraz bardziej fermentuje, proszę się nie
łudzić, nie jest to fermentacja alkoholowa. Naprawdę żal i przykro mi jak
widzę dziewczyny okupujące ławki, przechodzące z sali do sali, zagubione
w szpitalnych korytarzach, bez nadziei na jakąś zmianę.
Siostry! musicie wziąć
sprawy w swoje ręce, a nie czekać na Boskie zmiłowanie. Jak tak dalej będzie
to sfiksujecie z braku
różnorodności kontaktów. Przykre jest, że przyszłe
absolwentki naszego Wydziału będą zgrają nieszczęśliwych i zmierzłych ciotek.
Ja już nie pamiętam kiedy
na naszym Wydziale była jakaś rewelacyjna impreza. Klub "Pod Rurą" dzięki
niekompetencji osób z tzw. Rady Programowej w zasadzie przestał działać.
Życie towarzyskie naszego Wydziału jest w agonii. Wszystkie przychodzicie
parę minut przed zajęciami i szybko uciekacie z uczelni bo autobus czy
pociąg Wam odjedzie, nawet gdy jakieś zajęcia wypadną, to lecicie szybko
do domu by tam kontemplować swoją samotność. Nie wiecie co tracicie, studia
szybko miną, a potem już tylko praca i praca. Teraz trzeba rozmawiać, pograć
w karty, iść do kawiarni albo coś jeszcze innego zorganizować. Nadrzędnym
celem powinno być uruchomienie i przywrócenie świetności naszemu Klubowi.
Feminizacja nie ułatwia
życia na naszym Wydziale i jest objawem wysoce szkodliwym dla zdrowia psychicznego
jak i fizycznego, dlatego tym bardziej trzeba działać!
Szczytem jest przejęcie
męskiego WC koło dziekanatu, przypominam, że damski WC znajduje się koło
Baruś-a, a ten jest dalej męski i kiedyś jakaś dziewczyna bardzo się zdziwi,
zaskoczona w krępującej pozycji. Chociaż, takie spotkanie może być poznawczo
korzystne i interesujące, zwłaszcza gdy dojdzie do wymiany informacji
genetycznej.
Siostry! opamiętajcie
się póki jeszcze czas, jest szansa by wróciła normalność, zanim wchłonie
Was trująca atmosfera tego "babińca."
Wydział Pedagogiki i Psychologii
Uniwersytetu Śląskiego potrzebuje auli. Nie ulega to wątpliwości. Wystarczy
sobie przypomnieć to, co się działo podczas dyskusji dr Marka Adamca z
dr Piotrem Łaszczycą, albo wykład sławnego prof. Zbigniewa Brzezińskiego.
Zaduch i ścisk nie do opisania, olbrzymia część audytorium musiała stać,
nie było też mowy o zachowaniu podstawowych przepisów bezpieczeństwa (strach
pomyśleć, co byłoby, gdyby wybuchła panika). Żadna z istniejących sal nie
byłaby w stanie pomieścić tej ilości osób, które wówczas przyszły. W takich
warunkach nie można przecież robić wykładów. Są dwie możliwości: nie robić
ich w ogóle, albo stworzyć miejsce, gdzie mogłyby się one odbywać.
Tą drugą możliwość wybrała
pani dziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii prof. Władysława Łuszczuk
i podjęła starania zmierzające do utworzenia na naszym wydziale auli. Jak
nie trudno się domyślić (przecież nie mamy auli) bezskutecznie. Jako że
wybudowanie nowej auli pochłonęło by zbyt wiele kosztów, pani dziekan wystosowała
do Rektora prof. Tadeusza Sławka pismo, w którym w imieniu społeczności
akademickiej Wydziału Pedagogiki i Psychologii zwróciła się z prośbą o
włączenie do planu remontu na rok 1998 modernizacji dwóch sal wykładowych
(208 i 209) polegającej na przekształceniu ich w jedną aulę audytoryjną.
Pomimo iż pomysł ten był jedynym rozwiązaniem możliwym do zrealizowania
przy tak niskim nakładzie kosztów Rektor prof. Tadeusz Sławek nie przychylił
się do niego. Jak dotąd pismo pozostało bez odpowiedzi. Pani dziekan zwróciła
się również do Senackiej Komisji Do Spraw Budżetu i Finansów, jako organu
kompetentnego w sprawie funduszy na remonty, również bezskutecznie.
Chociaż wkład Wydziału
w dochód Uczelni w roku akademickim 1996/97 wyniósł 4. 079.000 zł., to
udział budżetu Uczelni w kosztach remontów i inwestycji w tym samym roku
wyniósł śmiesznie małą kwotę 38. 754 zł. Wiadomym jest, że wszyscy potrzebują
i są pewnie tacy, którzy potrzebują bardziej niż my, ale taka polityka
finansowa przypomina czasy, których jeszcze nikt nie zapomniał, bo złe
rzeczy trudno zapomnieć.
Wyjściem z sytuacji byłoby
umożliwienie zatrzymania w roku akademickim 1998 do dyspozycji Wydziału
10% dochodu, która to suma w zupełności wystarczyła by na stworzenie auli,
jak i remont przeciekającego dachu. Nie wiadomo jednak jaki los spotka
i ten pomysł pani dziekan. Wprawdzie łączenie dwóch sal musi być uznane
za rozwiązanie tymczasowe, jednak skoro innych możliwości nie ma... Ciekawe
co myślą na ten temat studenci i pracownicy Wydziału?
Duży
mózg, który posiada człowiek jest bardzo kosztownym organem (Za National
Geographic, luty 1997). Zużywa on około 20% energii wyprodukowanej
w organizmie. Taki narząd wymaga pożywienia bogatego w kalorie i substancje
odżywcze. Dlatego też Homo dodał do swojej diety mięso większych
zwierząt w przeciwieństwie do głównie roślinożernych australopiteków. Otwierając
kości z pojedynczej nogi dużego zwierzęcia i wysysając z niej tłusty szpik,
nasi przodkowie pokrywali połowę dziennego zapotrzebowania energetycznego
organizmu. Dzięki rozwojowi mózgu mogli też z powodzeniem konkurować z
szybszymi i silniejszymi drapieżnikami o pożywienie. Działało tutaj dodatnie
sprzężenie zwrotne: większa pojemność mózgu gwarantowała wysokowartościową
dietę, która umożliwiała stopniowe zmniejszanie się narządów jamy brzusznej
(skracanie jelit, zmniejszanie się wątroby, nerek). Energia poprzednio
wykorzystywana do pracy przez narządy jamy brzusznej umożliwiła teraz rozwój
coraz to bardziej skomplikowanego mózgu. Krótkojelitowy kot jest inteligentniejszy
od krowy o kilku żołądkach. Jedzenie mięsa jest dla nas naturalne. Ewolucja
nie działa wstecz.
Argumentem przeciwko jedzeniu
dużych ilości mięsa zwiększone ryzyko zachorowania na niektóre rodzaje
choroby nowotworowej (Podręcznik onkologii klinicznej, D.K.Hosfeld,
PWN 1994). Jednak ryzyko to zdaje się płynąć raczej z dostarczania
generalnie zbyt dużej ilości kalorii, szczególnie w postaci tłuszczów,
niż ze spożywania samego mięsa. Przemawiają do mnie argumenty natury "zdrowotnej"
i upodobań smakowych, natomiast śmieszne wydają mi się argumenty natury
pseudofilozoficznej. Otóż pierwszym z nich jest reinkarnacja. Według głosicieli
tej doktryny nie powinniśmy chodzić do Mc Donaldsa, ponieważ w kanapce
może znajdować się nasza ciocia zmielona z wujkiem. Ale właściwie to im
nie zaszkodzi, bo taka jest ich karma.
Reinkarnacja jest odpowiedzią
na duchową pustkę końca XX wieku. Etap ubóstwiania zwierząt i Matki Ziemi
przeszliśmy tysiące lat temu, istniał też etap ubóstwienia człowieka, istniał
wreszcie etap szukania wartości większej, przekraczającej człowieka, transcendentnej.
Teraz odrzucamy naszą historię, filozofię i kulturę i stawiamy na ołtarzu
zwierzę. Takie rozwiązanie jest łatwe i pozornie rozwiązuje nasze problemy.
Wiara w zwierzę i działalność na jego rzecz zwalnia nas od zagłębiania
się w człowieka i próby dotarcia do jego istoty. Reinkarnacja upraszcza
człowieka, a komplikuje zwierzę. Taka wiara może być tolerowana jako pewien
etap rozwoju duchowego. Od zupełnego chaosu widzimy tu przejście do jakiejś
wartości. Jednak etap ten należy zakończyć i zająć się czymś poważniejszym
( szczególnie gdy zamierzamy zostać psychologami ).
Właściwie kocham rośliny.
Nie mogę patrzeć jak codziennie na talerzach giną marchewki i sałaty. Zafunduję
dziś sobie powtórkę z kotleta.
...jeszcze
tyle, to się robi coraz bardziej męczące! Zresztą czego chcesz, nic nie
robisz cały rok, jeszcze ci mało! Nad wyraz delikatne obelgi, o tej porze
- kto by pomyślał. Sytuacja wygląda następująco: pierwsza w nocy, komputer,
Paula - z ostrym atakiem grypy, i wreszcie praca semestralna, dręcząca
w równym stopniu dwie pozostałe postacie.
Coraz cieplej. Zdjęła
bluzę, ale niewiele to pomogło. Literki tańczyły szalonego walca w rytmie
rumby - o tej porze wszystko można wybaczyć. Byle nie pocić się tak bardzo!
Gorączka nadciągała - jak każda dama - zapowiedziana i oczekiwana, aczkolwiek
bez entuzjazmu.
Paula resztkami sił wysłała
ostatni zastęp literek do tańca, poczym wyłączyła komputer. A żesz ty,
pomyślała w odpowiedzi na kpiący błysk gasnącego ekranu. Nie znosili się,
i oboje o tym wiedzieli. Natomiast, jak na osoby na poziomie przystało,
potrafili pójść na kompromis: ona trzymała się od niego z daleka, za wyjątkiem
nagłej potrzeby, on natomiast wykręcał jej umiarkowaną ilość głupich numerów.
Oczywiście, myślała Paula,
nie mógł sobie darować, co prymityw to prymityw. Z tą pogardliwą myślą
opuściła pokój. Jeszcze mu pokażę, pocieszała się, potem, teraz nie mam
siły. No choć maleństwo, choć, usiądź sobie - w sytuacjach traumatycznych
tudzież ekstremalnych zaczynała mówić do siebie. Była to nadzwyczaj wyraźna
egzemplifikacja starego ludowego porzekadła: bo wyjdę z siebie i stanę
obok. A warunki po temu były nad wyraz sprzyjające: gorączka się podnosiła,
było coraz cieplej, duszniej i słabiej.
Paula usiadła pod kaflowym
piecem, przytuliła się do grzejnika - jedyną funkcją pieca było robienie
wrażenia, i zaaplikowała sobie jeden termometr do użytku zewnętrznego.
Podczas gdy termometr spełniał swoją powinność, nieświadom tego, co dzieje
się naokoło, w pokoju zaczęły dziać się rzeczy nad wyraz intrygujące.
Więc najpierw rzeczony
pokój oddalił się, zostawił Paulę na pastwę pieca, a sam zaczął się rozrastać
i nabierać głębi. Skądinąd przytulne wnętrze - teraz zmieniło się w wielką
przestronną jamę. A co gorsze - nie chciało już Pauli! O zdrajco, pomyślała
Paula, a ja cię urządziłam, pomalowałam, dotrzymywałam ci towarzystwa.
Nie ma wdzięczności na tym świecie!
A to co znowu! Puszczasz bańki? Wielka
szklana kula otoczyła Paulę zamykając ją w środku. Więc tak wygląda dystans
do rzeczywistości! Wszystko było daleko, Paula poczuła się jak intruz zaglądający
tu z innego wymiaru.
Krawędzie mebli nabrały
miękkości, stały się rozczulająco przytulne, cóż z tego, skoro były zdecydowanie
poza zasięgiem. Jestem sama, cholera, sama i to daleko stąd! I co dalej?
To już nie było zabawne. Termometr, zgrzany ale ze świadomością dobrze
wykonanego obowiązku, radośnie i beztrosko wskazywał 39 stopni. Chciałaś
to masz, pomyślał na widok przerażonej miny Pauli, świadomość jest źródłem
cierpienia! A nieświadome życie niewarte jest tego, by je przeżyć, to Goethe
ignorancie - warknęła Paula. Idę spać.
Drżącą z emocji ręką sięgnęła
do lampy - ucieknie, nie ucieknie, ucieknie, nie ucieknie, ugryzie? Nie
ugryzła - dała się wyłączyć. Moja kochana, chociaż ty jedna - nie jak ten
zdrajca, pokój, myślała Paula z rozrzewnieniem, wsuwając się pod kołdrę.
Ciemno. Zwinęła się w kłębek i zmarszczyła brwi. Coś tu nie gra, pomyślała,
trochę za mało mnie! Już mnie nie ma, paruję, rozpływam się, ten drań mnie
zjada. I co tu robić? Otoczyła ramionami kolana zwijając się w kłębek na
wzór kota.
Pokój nadal odpływał.
A, uciekasz? Ta myśl dała jej pewną satysfakcję, pewnie się boi! A z drugiej
strony nie zajmuję zbyt dobrej pozycji - na samym dnie jamy.
Przez chwilę rozważała
zagadnienia taktyczne odnośnie walki z niesfornym pokojem. Zajęta nie spostrzegła
tajnej narady powiek, tudzież innych narządów, które zmęczone i zbuntowane
podjęły samowolną decyzję. W ostatnim porywie solidarności odczytały Pauli
swoje postanowienie: " zajmiesz się tym jutro, teraz idziemy spać".
Bóg był dzisiaj niezwykle zajęty. Rozsyłał anioły po świecie. Wezwał więc Pan sługę najwierniejszego i posłał go by dokonał ważnej misji. Anioł rozłożył skrzydła i w dumnym, pięknym locie poszybował ku Ziemi. Jak zwykle o tej porze roku rozpoczęły się polowania na kaczki. Kolejne zawody miał wygrać ten, kto upoluje największego ptaka. Uwagę myśliwego przykuła ogromna kaczka majestatycznie płynąca na tle nieba. Wymierzył dokładnie i wystrzelił, do biegu rzuciły się psy. Gdy myśliwy przybył na miejsce powiedział tylko: Niech to szlag nagły trafi. To miała być cholernie wielka kaczka. Niech to szlag! Anioł zwinął ranne skrzydło, a myśliwy w rozpaczy strzelił sobie w głowę.
***
Patrzyłem na moją dziewczynę
z wielką miłością. Patrzyłem na tę, którą uczyniłem kobietą zeszłej nocy
i podziwiałem każdy element twarzy, każdy detal figury zgrabnej jak topola
- smukła i wysoka. Kruczoczarne włosy opadały jej kaskadami na ramiona
odsłonięte i tak bardzo alabastrowe. Patrzyłem z zachwytem na usta karminowe,
czarne jak otchłań oczy, figlarne linie dłoni. Mógłbym tak patrzeć na nią
godzinami, chłonąc jej delikatny zapach, dotykać jej ciała by zapaść w
sferę nieświadomości. Patrzyłem na nią ciągle, ciągle, i od nowa, patrzyłem
cały czas, patrzyłem...
I gdy tak patrzyłem nagle
ujrzałem jak jej lewa dotąd czarna brew blednie by w końcu zniknąć. Patrzyłem
zdumiony, lecz nie przerażony, ciągle podziwiałem. Po chwili jedno oko
zaczęło jej mętnieć i blaknąć by zniknąć tak jak lewa brew. Jej twarz zaczęła
gwałtownie tracić piękny wyraz podkreślony silnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi.
Niedługo potem zniknął nos usta, drugie oko i prawa brew. Jakby tego było
mało, bezkształtna masa okryta włosami zaczęła stawać się przejrzysta,
włosy posiwiały by ostatecznie także zniknąć. Ciało powoli zaczęło nabierać
cech energii astralnej. Byłem przerażony. W końcu na kanapie siedziałem
sam, a tam gdzie dotąd była moja dziewczyna była pustka kompletna i tylko
poduszka trochę wygnieciona świadczyła o tym, że chwilę temu przebywała
tam realna osoba. Gdy minął szok zacząłem zastanawiać się nad tym dziwnym
zjawiskiem. Rozwiązanie przyszło do mnie niczym olśnienie. No tak, po prostu
ją wygapiłem, gapiłem się na nią tak długo, aż ją wygapiłem. To musi działać
na zasadzie gumki myszki. Tak więc k... nic pięknego nie trwa wiecznie.
Jakże żałowałem, że nie
udało mi się dostać do środka nowej auli w dzień nadania panu Jaques`owi
Derridzie doktoratu Honoris Causa, i że nie udało mi się usłyszeć wykładu
tego, jak wszyscy mówią, wielkiego człowieka. Publiczność dopisała wyjątkowo.
Na pocieszenie uroczystość obejrzałem sobie na ekranie telewizora, a z
tekstem przemówienia zpoznałem się z wydanej na tę okazję książeczki. Dobre
i to. Wiedziałem, że następnego dnia ma odbyć się wykład - seminarium,
o którym wiedzą nieliczni. Na małej auli WNS pojawiłem się wcześnie, jako
jeden z pierwszych. Audytorium u nas raczej niespotykane: słychać było
języki obce - angielski, francuski, niemiecki. Poza tym, w znacznej przewadze,
wykładowcy i studenci polonistyki oraz filologii. Dużo mądrych i siwych
głów.
Seminarium o tytule: "Qu`est-ce
qu`un etranger? Les Lois de l`hospitalite: ethique et politique" [Kim jest
obcy? Prawa gościnności: etyka i polityka], rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem
z winy szanownego gościa. Potraktowałem to jednak jako praktyczne ćwiczenie
z gościnności, o której miał być wykład i nie żywiłem do profesora urazy.
Wygląd twórcy dekostrukcjonizmu, profesora Derridy zadziwił mnie. Starszy,
miły, dystyngowany pan. Nie wiedzieć czemu myślałem, że ktoś, komu przypisuje
się etykietę postmodernizmu musi mieć w sobie coś bezczelnego, a tu nic.
Profesor wykład swój rozpoczął
od pytania: czym jest gościnność? Z radością zacierałem ręce na
ucztę intelektualną. Spodziewałem się, że nie będzie to strawa lekka -
wszakże to twórca niesamowicie zagmatwanych dzieł! - ale przygotowany byłem
wiele wytrzymać. Jednak odpowiedź na pytanie nie padła, a myśl gościa odbiegła
gdzieś w stronę Kanta i niejasnych dla mnie rozróżnień pojęciowych. Po
kilkunastu minutach pytanie zostało wyrażone powtórnie. I znów nic. Byłem
nieco zdezorientowany. Ktoś się zaciął, czy straciłem wątek? Rozejrzałem
się po sali. Wokół mnie z namaszczeniem kiwały się siwe głowy. Wybrałem
drugą możliwość.
Po godzinie padło pytanie:
czym jest gościnność?, po którym szanowny gość zaczął snuć refleksję
nad etymologią nazwy miasta Freiburg. Zaiste, zapierające dech w piersiach.
Wciąż pojawiała się natrętna myśl: "kiedy to się skończy, to żenujące,
on sobie kpi!". Trwała trzecia godzina wykładu. Czułem się manipulowany.
Tak jakby gość wypróbowywał granice naszej wytrzymałości, czyli gościnności.
Wprawdzie wielu wciąż kiwało głowami, ale ci jak zaczęli, tak kiwali przez
trzy godziny, szczerze przy tym ziewając. Wreszcie koniec. Gość otrzymał
kwiaty, jakaś panienka odczytała poemat poświęcony Derridzie. Ja szybko
wyniosłem się z dusznej sali, mimo wszystko wierząc, że ci, od których
zależało nadanie doktoratu Derridzie, wiedzieli co robią.
Może jestem krytykantem.
Jeśli tak - przepraszam. Jednak nie lubię bełkotu, choćby wszyscy mówili,
że to anielski śpiew. Żaden autorytet nie zwalnia od rzetelności. Nie wątpię
w wielkość Derridy, choć jest to autor nie dla mnie - nie trawię jego twórczości
- ale to seminarium, moim zdaniem, było żałosne. Mówiąc szczerze - na tak
słabym wykładzie nie byłem już dawno, mimo że o kiepski wykład przecież
tak łatwo. Jednym słowem, mój szacunek dla Derridy został skutecznie zdekonstruowany,
a jeśli taki był zamiar gościa (można było odnieść takie wrażenie), to
tym gorzej!
Seminarium Jaques`a Derridy pod tytułem "Qu`est-ce qu`un etranger? Les Lois de l`hospitalite: ethique et politique" odbyło się w piątek, 12 grudnia 1997 w Sala Audytoryjnej nr 2, na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.
Żyjemy w określonej rzeczywistości.
Banalnej - czasem bardziej - czasem mniej. Wierząc, że w tej grze losu
i czasu znajdziemy drogę, sposób, klucz do naszego własnego raju. Jakimkolwiek
mirażem byłby ten raj. Coraz większe ambicje toczą w nas walki, a z czasem
głos rozterki i sumienia cichnie, ustępując miejsca absurdalnej nadziei,
że oto NAM właśnie się uda. Uda nam się coś WYGRAĆ. Czasami to nieokreślone
coś zbyt często utożsamiamy ze szczęściem. Zasłona zmylenia przysłania
nam oczy. I wpadamy ... na całego w GRĘ. Podobnie jak bohater filmu D.Finchera
Van Orton grany przez Michaela Douglasa. Szybko wciągamy się w nierealność
kinowej sali i wraz z nim toniemy... Utożsamiamy się z piekielnie znudzonym,
cynicznym milionerem, którego życie wydaje się tak samo pociągające jak
i przerażające. Władza i pieniądze, ale także samotność zatopiona w namiastkach
ludzkiej obecności.
Van Orton zapomniał już
czym jest faktyczne PRZEŻYCIE. Za sprawą brata, który jest jego absolutnym
przeciwieństwem dotyka Tajemnicy. Otrzymuje w prezencie na 48 urodziny
Kartę, którą może wykorzystać, a co za ty idzie - może ZAGRAĆ w COŚ. Nie
wie co to za gra i jakie są jej reguły. Może także zapomnieć o tym prezencie
i zatopić się jak zwykle w rytuale swojej egzystencji. Ma wybór. Wiecie
już co wybrał, prawda? Oczywiście zrobił to, co i my na jego miejscu zrobilibyśmy
- jakkolwiek wyglądałoby nasze życie. Zagrał. Nie wiedział, co zyska, a
co może stracić.
Zawsze myślimy, że w grze,
którą podjęliśmy wygramy, że oto dostaliśmy klucz do naszej ZIEMI OBIECANEJ.
Przed oczami mamy życie inne, lepsze, ciekawsze. Dreszcz emocji - oto czemu
ulegamy w nadziei zabicia banalnej rzeczywistości. Kto z nas nie odczuwa
przyjemności z gry? Kiedy po raz pierwszy odwiedzamy kasyno dostajemy darmowego
"GOOD LUCK'a" i obstawiamy. Raj się zbliża... Czujemy wreszcie coś konkretnego,
w świecie odrealnionym, specjalnie upiększonym na nasze potrzeby. Czujemy
to radosne podniecenie, oczekiwanie, nadzieję... A mała, biała kulka przez
chwilę wiruje w szalonej gonitwie po nasze szczęście. Możemy być 35 razy
bogatsi. Może nam się wreszcie udać. W fascynująco prosty sposób... Przez
chwilę biała kulka jest dla nas najważniejsza na świecie... Wreszcie czujemy,
że ŻYJEMY... PRZEŻYWAMY... i znów obstawiamy.
Niby nam dobrze ze sobą,
a jednak czemu nie mielibyśmy spróbować jak to jest, być kimś innym, myśleć
i działać w inny sposób. Móc decydować o swojej nowej osobowości, być panem
sytuacji i jej Kreatorem. RPG oferuje nam dowolną rzeczywistość... A świat
wirtualny uczyni ją doskonalszą. My maniacy gier, życiowi sprawdzacze nowych
możliwości zadawalamy się na razie ekranem komputera i joystickiem w ręce.
Oto mamy władzę, decydujemy o życiu potworów i ludzi. Ekranowa krew i jęk
umierających podsyca naszą próżność, czyni nas mistrzami zabijania w świecie
gdzie możemy ustanowić się NIEŚMIERTELNYMI. Nawet mistrzostwo świata w
golfie, narciarstwie, Formule I-ej czy piłce nożnej czule łechce naszą
dumę. Przez chwilę to nam dane jest ZWYCIĘŻYĆ, przy symulowanej owacji
pełnych stadionów. Być może to jedyna okazja by poczuć smak bycia BOHATEREM,
odczuć satysfakcję, a także ulgę. Odreagowujemy w świecie w którym nie
ma Nikogo.
Van Orton po wszelkich
psychologicznych i fizycznych testach gra... Nie wiedząc z kim, ani o co.
Z czasem stawką staje się jego życie. Dotychczasowy świat, w którym było
mu tak dobrze przestaje istnieć... Tak jak w naszej grze z papierosem,
kieliszkiem, narkotykiem czy zdradą... Nie potrafimy odmówić sobie DOŚWIADCZENIA
NOWEGO... co życie nam ma upiększyć, albo choć troszkę zmienić. Wyciągając
rękę po raz pierwszy w kierunku swojej iluzji... przestajemy już wartościować,
zapominamy o znakach ostrzegawczych, którymi zapełnione są ulice, dworce,
przytułki i szpitale. O ludziach, których trzęsące się, łamliwe i chore
ciała krzyczą o litość. Ich gra dobiega końca... Ale my dopiero zaczynamy.
I wydaje nam się, że zawsze, jakby nam nie było, może być lepiej, a przynajmniej
ciekawiej. Czujemy jak dusi nas codzienność i jej rytualne zabijanie czasu.
W naszych związkach z najbliższymi z każdym kolejnym rokiem widzimy coraz
więcej nudy i żądamy nowych wrażeń... Poznajemy nową osobę, i widzimy nową
szansę... Znów serce bije nam szybciej i łudzimy się, że bije tak tylko
dla miłości... Zresztą czy jednorazowa nielojalność może nam w czymś zaszkodzić?
Krycie się, kłamstwo, intryga i oszustwo tylko podsyca nową grę... Gdy
ryzyko jest większe, to zwycięstwo staje się słodsze. Znów jesteśmy MISTRZAMI
ŚWIATA. Dopiero wraz z pierwszą łzą i bólem... dociera do nas, że jesteśmy
tylko sługami GRY.
W zaskakującym finale
filmu okazuje się, że dzięki grze (wykupionej w specjalistycznej Agencji)
odradza się zagubiona skala wartości głównego bohatera, który ostatecznie
świetnie bawi się na swoich urodzinach.
A nam pozostaje prawdziwe
życie. Zawsze mamy wybór. Zagrać? Szkoda, że z naszych gier, najczęściej
prawdziwy zostaje tylko ból.
Skoro ponad dwa miliony
Polaków widziało już "Kilera", postanowiłam i ja zobaczyć ten film. Co
tu dużo mówić - zawiodłam się. Być może stało się tak dlatego, że moje
oczekiwania wobec tego filmu, podsycane pochwałami w mediach, opiniami
znajomych i świetną obsadą, były ogromne. Poczułam się ofiarą społecznych
oddziaływań, kiedy to wyszłam z kina, a mięśnie brzucha i twarzy wcale
mnie nie bolały. Nie powiem, że się nie śmiałam - ale było to najczęściej
w momentach, kiedy nikt inny tego nie robił. Atmosfera w kinie była tak
podkręcona, że ludzie nastawieni na to, iż przyszli do kina na Kilera,
śmiali się prawie ze wszystkiego co działo się na ekranie, od kiwnięcia
palcem, po przekleństwo (zauważyłam z resztą, że ludzi przeklinanie na
ekranie bardzo śmieszy).
Przypominało mi to trochę,
ostatnio tak bardzo popularne w polskiej telewizji, seriale komediowe z
podkładanym śmiechem, (jakby to współczesnemu człowiekowi trzeba było pokazywać,
co jest śmieszne). Gdy dodamy do tego jeszcze fakt, że seriale komediowe
obecne w naszej telewizji, są źle, niedokładnie tłumaczone, prawie wszystkie
wywodzą się z Ameryki i z tego co mi wiadomo nasiąknięte są humorem amerykańskim,
dziwić może to, że Polacy się z nich śmieją. Czyżbyśmy faktycznie tak bardzo
chcieli do Ameryki, bo nie mogę uwierzyć w to, że to są dobre filmy. Póki
co jesteśmy wolni i możemy tego po prostu nie oglądać.
Wracając do Kilera. Zabrakło
mi w tym filmie czegoś, co wyniosłabym z kina (nie myślę tu o np. krześle).
Tak naprawdę dobry film zawsze niesie ze sobą to COŚ. Nawet jeśli jest
to komedia. Jeżeli nie - mam żal do scenarzysty, reżysera i wszystkich,
którzy maczali w tej produkcji palce, iż nie uszanowali widza i potraktowali
go jako szarą masę, po prostu tłum. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie,
ale czuję, że ten film wcale nie jest dobry. Nie chodzi mi w tej chwili
o śmieszność, ale o całokształt. Myślę, że dużo dzieli go od Szczęśliwego
Nowego Jorku Zaorskiego, czy moim zdaniem doskonałych Historii
miłosnych Stuhra. Co z tego, że ktoś w krainie marzeń dla kinomana
chce zrobić amerykańską wersję Kilera. Chyba nie ma się z czego cieszyć
- to po prostu podrzucenie komuś historyjki do filmu. I tak nikogo nie
będzie obchodziło, że pomył pochodzi z takiego małego, pięknego kraju w
Europie... Zresztą Kiler bez Pazury, to już zupełnie nie mieści mi się
w głowie. No bo kto mógłby go zastąpić - Jaś Fasola, Tom Cruise, czy może
Sylwester Stallone?
Jedno co naprawdę w Kilerze
mi się podobało - to gra i cała aktorska osobowość Pazury. Lubię go i zawsze
mnie śmieszy. Jednak nawet on nie uratował tego filmu w moich oczach.
Kiler, Polska 1997, reż. Juliusz
Machulski, wyk.: Cezary Pazura, Małgorzata Kożuchowska, Jerzy Stuhr, Janusz
Rewiński i inni.
