Gazeta Studentów Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego

Ponad-To
 
Postać

Numer 2 (3), luty 1998


    Trzeci numer Ponad-To jest - podobnie jak pozostałe - szczególnie godny polecenia. Aby się o tym przekonać - drogi Czytelniku - przeczytaj go od początku do końca! Polecamy oczywiście artykuły z działu Psychologia, lecz także ciekawe spostrzeżenia dotyczące spotkania z panem Derridą oraz interesujące opowiadanie i wiersze. Może zainteresują Cię problemy ze sfery seksu na naszym Wydziale, lub zechcesz skonfrontować swe opinie dotyczące obejrzanych filmów? Z pewnością jednak nie będziesz żałował lektury. Zapraszamy!


 
Psychologia Art Wydział Recenzje i Spotkania
Teoria i praktyka   
 Joanna Kasza    
 
  Prostytucja czy altruizm?   
Jarosław Polak
Gorączka sobotniej nocy   
Patrycja Gawrońska   
  
Patrzyłem...   
Twórczość Izabeli Krokowskiej
Seksmisja   
Marcin Golka 
   
Aula   
Z. Klaustrofobia
Doktorat Horroris Causa Jacquesa Derridy   
Gospodarz   
  
Gra   
Anna Syrek  
   
Pazur Kilera - Kiler Pazura
Małgorzata Łodej   
  
Kotlet z cioci   
Leszek Naziemiec
   

Psychologia


Teoria i praktyka

Joanna Kasza

   Jeśli jesteś psychologiem pasjonatem, z manią sprawdzania teorii w praktyce, to jest takie miejsce, gdzie możesz to zrobić "hurtem". Przystanek autobusowy i środki komunikacji, to tu możesz sprawdzić się w zawodowych umiejętnościach. Nie wierzysz?
   Już na pierwszy rzut oka rozróżnisz jednostki wysokoreaktywne od niskoreaktywnych. Te pierwsze ustawiają się tuż przy podjeździe, by zaoszczędzić sobie nadmiernej stymulacji z dopadania do drzwi z rozpędu. Natomiast niskoreaktywni właśnie dopingują się hamburgerem na drugim końcu chodnika...
   Tu z pewnością nie grozi zapominanie na skutek braku klucza - już na sam widok tłumu uruchamiają się z pamięci długotrwałej skrypty, plany, scenariusze dotyczące efektywnego radzenia sobie w sytuacji trudnej. Trzeba więc najpierw wybrać strategiczną pozycję umożliwiającą wejście do pojazdu (nie wolno zapominać o błędzie pierwszego wrażenia!) Elegancko ubrany pan wcale nie musi okazać się szarmancki wobec pań... Autobus
   I oto podjeżdża źródło frustracji. No i dobrze wiadomo, że nie obędzie się bez agresji - kopniaków, kuksańców i wyzwisk. Zatem kolejna teoria sprawdzona. Nie wspomnę tu o wysokoreaktywnych z duży lękiem, którzy się z pewnością nie załapali (chyba, że wystąpiła u nich reakcja upozorowana).
   I nie martw się, że kopałeś tak samo, przecież w tłumie jednostka się dezindywidualizuje - robi to, co robią wszyscy (Le Bon Cię usprawiedliwił).
   Nie wierzyłeś, że silne emocje np. w stresie zakłócają procesy poznawcze? Wiec rozejrzyj się, ilu pasażerów dopytuje gorączkowo jaki to numer autobusu, ilu w środku trasy przypomina sobie o nie skasowanym bilecie? Ktoś mądry już o tym pomyślał i okleił pojazd hasłami typu: "Po wejściu skasować bilet", czy "Podczas jazdy trzymać się poręczy i uchwytów".
   Czy większość siedzących to mężczyźni? Jeśli tak to rację mają specjaliści od psychologii płci pisząc coś o myśleniu strategicznym. W tym wypadku dotyczy ono tematu: jak dopaść siedzenia. Ale biedacy muszą teraz stosować najrozmaitsze mechanizmy obronne typu racjonalizacja - "muszę siedzieć, bo jestem śpiący", lub wyparcie - gazeta.
   A ty - nie zazdrość im, chociaż stoisz w ścisku i tłoku, zdobyłeś przecież tyle informacji. Może warto więc jeździć częściej?
   Życzę Ci wielu szczęśliwych podróży - koniecznie bez agresji przeniesionej.

Prostytucja czy altruizm

Rzecz o psychoterapii

Jarosław Polak

   "Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze psychoterapeutów, ludzie mieli rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych, z którymi czasem rozmawiali o swoich ważnych sprawach." Na szczęście, my jeszcze żyjemy w takich czasach, ale czy długo to jeszcze potrwa? Do niedawna problem miejsca psychoterapii we współczesnej rzeczywistości w Polsce był właściwie nieistotny. Ale wraz z tzw. zmianą ustrojową, kiedy zmieniło się wszystko, zmienił także świat psychologów. Pojawiły się organizacje, instytucje i funkcje, które dotychczas w naszej nienormalnej rzeczywistości nie istniały, lub istniały w jakiejś zwyrodniałej, dziwacznej formie. Pojawił się więc także psychoterapeuta w postaci, by tak rzec - masowej, a wraz z nim rozliczne problemy, które innym, cywilizowanym krajom znane są już od dawna.
   Warto przyjrzeć się kilku interesującym przypadkom, które mają związek z pomocą psychologiczną. Koło budki telefonicznej ogłoszenie: bioenergoterapeuta, astrolog, znawca Tarota, psychoterapeuta leczy wszelkie dolegliwości. Albo to: jakiś pan po skończeniu resocjalizacji otwiera gabinet terapeutyczny; człowiek przystojny, więc klientki garną się do niego, a że terapia była sposobem na wykorzystywanie seksualne szukających pomocy pań ujawnił dopiero proces sądowy. Nowinka z Izraela: otwarto tam klinikę, w której leczy się zaburzenia seksualne panów, a pracują w niej kobiety, które pobierają za te usługi pensję; pytanie: jak nazwać te panie i osoby, które je zatrudniają? "Wiadomości" podają: w USA młoda kobieta oskarża swojego psychoterapeutę o wmówienie jej, że w dzieciństwie ojciec molestował ją seksualnie; proces toczy się o bardzo wielkie pieniądze. Podobne przykłady można by mnożyć, jednak te wystarczą by jasne się stało, że psychoterapia jak wszelkie twory społeczne może ulec wynaturzeniom, które daleko przekraczają wyobraźnię swych twórców. Są to zarazem ostrzeżenia. Wszystko wskazuje jednak na to, że mimo tych ostrzeżeń i tak wpadniemy w pułapki, w które wpadli już inni, i w które nie raz wpadliśmy my sami.
   Trzeba pamiętać, że psychoterapia, która z definicji jest procesem mającym na celu pomoc człowiekowi cierpiącemu niezwykle łatwo staje się czymś złym, czymś co szkodzi. Trudno powiedzieć krótko dlaczego tak jest, pewne jest jednak, że ma to związek z uleganiem pokusie przedmiotowego traktowania drugiego człowieka. Rutyna, pieniądze, goniący czas, zniecierpliwienie - dzisiaj, kiedy tak łatwo stajemy się podzespołami maszynerii społecznej, nastawionymi na zysk, w ciągłym poczuciu braku czasu i braku cierpliwości, istnieją wręcz idealne warunki by psychoterapia stała się relacją "ja - ono" w miejsce relacji "ja - ty". Olbrzymią pokusę stanowią pieniądze, kiedy podczas tzw. psychoterapii doprowadza np. się do tego, że klient bez pomocy terapeuty nie potrafi rozwiązać ani najprostszych zadań życiowych, ani sznurowadła i w ten sposób staje się źródłem utrzymania na długie lata. Istotne są tu również społeczne oczekiwania jakie są wobec psychoterapii stawiane. W społeczeństwie, w którym rodzina komunikuje się za pomocą domowej tablicy informacyjnej (a do tego, jak się zdaje, usilnie zmierzamy), ludzie funkcjonują w coraz większej samotności w powiększającym się wokół nich tłumie. Potrzeby kontaktu i bezpieczeństwa zaspokajane są więc w gabinecie psychologa. Winy nie można jednak zwalać na czasy, w których żyjemy, gdyż odpowiedzialność za czyny ponosimy my sami niezależnie od czasów.
   Jaki będzie status psychoterapeuty w nadchodzącym XXI stuleciu (to już tylko 2 lata!)? Być może jesteśmy bliscy czasu, gdy stworzona w laboratorium pigułka będzie w stanie załatwić wszystko, od samooceny poprzez nastrój, aż po wywoływanie działań twórczych. Czyżby więc nadchodził kres tego pięknego zawodu? Bardzo możliwe, należy jednak mieć nadzieję, że ludzkość modę na farmakologiczne usuwanie dolegliwości psychicznych (nie mówię tu o chorobach psychicznych) potraktuje dokładnie tak jak wszystkie mody na rzecz wykorzystania mechanizmów samoregulacji organizmu. Ale nawet jeśli zagrożenie nie pochodzi ze strony pigułek, pytanie pozostaje ważne. Bo czy trzeba mieć wyższe wykształcenie by pomagać w sposób "profesjonalny"? I czy koniecznie musi być to dyplom psychologa, a nie np. studium psychotronicznego? Niepokój psychologów wzbudzają również takie zjawiska jak terapia korespondencyjna, nie wspominając już o niebezpośrednim, ale "twarzą w twarz" kontakcie terapeutycznym przez Internet. Niepokój ten powstaje choćby dlatego, że przecież i psycholodzy muszą z czegoś żyć, jak również dlatego, że można mieć wątpliwości czy autentyczna pomoc, jako spotkanie człowieka z człowiekiem jest możliwa na wszystkie opisane powyżej sposoby. Jest to raczej wątpliwe, choć kto wie...
   Psychoterapia jako zjawisko otaczającego nas świata dopiero określa swe miejsce i granice. W zamieszaniu zawsze można spojrzeć tam, gdzie zawsze jest porządek, czyli wstecz. Dla starożytnych Greków słowo terapeuo znaczyło: służę, czczę, opiekuję się. Pięknie, nieprawdaż? Ale czy na to określenie zasługuje udzielanie rad przez Internet, sprzedaż własnego ciała w klinice leczącej impotencję i tym podobne dziwactwa? Czy w świecie, który je zaakceptuje będzie jeszcze możliwa prawdziwa pomoc wynikająca z tzw. miłości bliźniego, współczucia, poczucia jedności losu itd.? Jak pomoc ta będzie wyglądała za kilka lat, kiedy nasze społeczeństwo wejdzie również w tzw. okres postindustrialny? Trudno odpowiedzieć na te pytania. Psychoterapeuci powinni jednak uważnie obserwować otaczający świat, by w przyszłości nie okazali się kimś zupełnie innym, niż by chcieli.
 


Wydział


Seksmisja

Marcin Golka

   Kolejny dzień obudził mnie swym szarym, zapłakanym deszczem obliczem. Znowu trzeba ruszyć tyłek z ciepłego łóżeczka i udać się na "ukochany" Wydział. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze i bynajmniej nie chodzi tu o planowe zajęcia, ale o specyfikę PiPsu. Chociaż z drugiej strony może wcale nie jest tak źle?
   Przechadzam się korytarzami, tabuny dziewcząt spacerują, siedzą, rozmawiają, stoją w kolejce do ksero. Nic, tylko podziwiać damską modę i urodę. Wszystko byłoby pięknie, tylko coś mnie powstrzymuje od wydawania okrzyków zachwytu. Wyczuwa się tu jakiś taki marazm, zastój i bezsens tego wszystkiego. Dziewczyny snują się po korytarzach, niektóre wymalowane jak do roli we francuskim filmie, inne w miniówkach drażnią swoje mniej zgrabne koleżanki. I jeszcze te rozmowy, w większości monotematyczne, grzeczne, ułożone, choć niekiedy cięte i uszczypliwe:
- znowu nic nie przeczytałam, to jest takie nudne...
- wiesz ile zajęło mi pisanie tej pracy siostro!, a ty ją chcesz pożyczyć!
- och! masz nowy katalog Oriflame, mogę przejrzeć, -ależ oczywiście siostro;
- te z psychologii to są takie zarozumiałe; i to ma być przyszła psycholog?!
- widzisz te wszystkie-to pedagogika, nawet ładne laleczki, ale głupie co one tam wiedzą, to skandal, że mają uczyć nasze dzieci.
   Brrr, przypomina to scenariusz słynnego filmu, jednak komedią nie jest, a o zgrozo! rzeczywistością. Wszystko tu kisi się we własnym sosie i coraz bardziej fermentuje, proszę się nie łudzić, nie jest to fermentacja alkoholowa. Naprawdę żal i przykro mi jak widzę dziewczyny okupujące ławki, przechodzące z sali do sali, zagubione w szpitalnych korytarzach, bez nadziei na jakąś zmianę.
   Siostry! musicie wziąć sprawy w swoje ręce, a nie czekać na Boskie zmiłowanie. Jak tak dalej będzie to sfiksujecie z braku… różnorodności kontaktów. Przykre jest, że przyszłe absolwentki naszego Wydziału będą zgrają nieszczęśliwych i zmierzłych ciotek.
   Ja już nie pamiętam kiedy na naszym Wydziale była jakaś rewelacyjna impreza. Klub "Pod Rurą" dzięki niekompetencji osób z tzw. Rady Programowej w zasadzie przestał działać. Życie towarzyskie naszego Wydziału jest w agonii. Wszystkie przychodzicie parę minut przed zajęciami i szybko uciekacie z uczelni bo autobus czy pociąg Wam odjedzie, nawet gdy jakieś zajęcia wypadną, to lecicie szybko do domu by tam kontemplować swoją samotność. Nie wiecie co tracicie, studia szybko miną, a potem już tylko praca i praca. Teraz trzeba rozmawiać, pograć w karty, iść do kawiarni albo coś jeszcze innego zorganizować. Nadrzędnym celem powinno być uruchomienie i przywrócenie świetności naszemu Klubowi.
   Feminizacja nie ułatwia życia na naszym Wydziale i jest objawem wysoce szkodliwym dla zdrowia psychicznego jak i fizycznego, dlatego tym bardziej trzeba działać!
   Szczytem jest przejęcie męskiego WC koło dziekanatu, przypominam, że damski WC znajduje się koło Baruś-a, a ten jest dalej męski i kiedyś jakaś dziewczyna bardzo się zdziwi, zaskoczona w krępującej pozycji. Chociaż, takie spotkanie może być poznawczo korzystne i interesujące, zwłaszcza gdy dojdzie do wymiany informacji… genetycznej.
   Siostry! opamiętajcie się póki jeszcze czas, jest szansa by wróciła normalność, zanim wchłonie Was trująca atmosfera tego "babińca."

 Aula

Z. Klaustrofobia

   Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego potrzebuje auli. Nie ulega to wątpliwości. Wystarczy sobie przypomnieć to, co się działo podczas dyskusji dr Marka Adamca z dr Piotrem Łaszczycą, albo wykład sławnego prof. Zbigniewa Brzezińskiego. Zaduch i ścisk nie do opisania, olbrzymia część audytorium musiała stać, nie było też mowy o zachowaniu podstawowych przepisów bezpieczeństwa (strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wybuchła panika). Żadna z istniejących sal nie byłaby w stanie pomieścić tej ilości osób, które wówczas przyszły. W takich warunkach nie można przecież robić wykładów. Są dwie możliwości: nie robić ich w ogóle, albo stworzyć miejsce, gdzie mogłyby się one odbywać.
   Tą drugą możliwość wybrała pani dziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii prof. Władysława Łuszczuk i podjęła starania zmierzające do utworzenia na naszym wydziale auli. Jak nie trudno się domyślić (przecież nie mamy auli) bezskutecznie. Jako że wybudowanie nowej auli pochłonęło by zbyt wiele kosztów, pani dziekan wystosowała do Rektora prof. Tadeusza Sławka pismo, w którym w imieniu społeczności akademickiej Wydziału Pedagogiki i Psychologii zwróciła się z prośbą o włączenie do planu remontu na rok 1998 modernizacji dwóch sal wykładowych (208 i 209) polegającej na przekształceniu ich w jedną aulę audytoryjną. Pomimo iż pomysł ten był jedynym rozwiązaniem możliwym do zrealizowania przy tak niskim nakładzie kosztów Rektor prof. Tadeusz Sławek nie przychylił się do niego. Jak dotąd pismo pozostało bez odpowiedzi. Pani dziekan zwróciła się również do Senackiej Komisji Do Spraw Budżetu i Finansów, jako organu kompetentnego w sprawie funduszy na remonty, również bezskutecznie.
   Chociaż wkład Wydziału w dochód Uczelni w roku akademickim 1996/97 wyniósł 4. 079.000 zł., to udział budżetu Uczelni w kosztach remontów i inwestycji w tym samym roku wyniósł śmiesznie małą kwotę 38. 754 zł. Wiadomym jest, że wszyscy potrzebują i są pewnie tacy, którzy potrzebują bardziej niż my, ale taka polityka finansowa przypomina czasy, których jeszcze nikt nie zapomniał, bo złe rzeczy trudno zapomnieć.
   Wyjściem z sytuacji byłoby umożliwienie zatrzymania w roku akademickim 1998 do dyspozycji Wydziału 10% dochodu, która to suma w zupełności wystarczyła by na stworzenie auli, jak i remont przeciekającego dachu. Nie wiadomo jednak jaki los spotka i ten pomysł pani dziekan. Wprawdzie łączenie dwóch sal musi być uznane za rozwiązanie tymczasowe, jednak skoro innych możliwości nie ma... Ciekawe co myślą na ten temat studenci i pracownicy Wydziału?

Kotlet z cioci

Leszek Naziemiec

   Duży mózg, który posiada człowiek jest bardzo kosztownym organem (Za National Geographic, luty 1997). Zużywa on około 20% energii wyprodukowanej w organizmie. Taki narząd wymaga pożywienia bogatego w kalorie i substancje odżywcze. Dlatego też Homo dodał do swojej diety mięso większych zwierząt w przeciwieństwie do głównie roślinożernych australopiteków. Otwierając kości z pojedynczej nogi dużego zwierzęcia i wysysając z niej tłusty szpik, nasi przodkowie pokrywali połowę dziennego zapotrzebowania energetycznego organizmu. Dzięki rozwojowi mózgu mogli też z powodzeniem konkurować z szybszymi i silniejszymi drapieżnikami o pożywienie. Działało tutaj dodatnie sprzężenie zwrotne: większa pojemność mózgu gwarantowała wysokowartościową dietę, która umożliwiała stopniowe zmniejszanie się narządów jamy brzusznej (skracanie jelit, zmniejszanie się wątroby, nerek). Energia poprzednio wykorzystywana do pracy przez narządy jamy brzusznej umożliwiła teraz rozwój coraz to bardziej skomplikowanego mózgu. Krótkojelitowy kot jest inteligentniejszy od krowy o kilku żołądkach. Jedzenie mięsa jest dla nas naturalne. Ewolucja nie działa wstecz.
   Argumentem przeciwko jedzeniu dużych ilości mięsa zwiększone ryzyko zachorowania na niektóre rodzaje choroby nowotworowej (Podręcznik onkologii klinicznej, D.K.Hosfeld, PWN 1994). Jednak ryzyko to zdaje się płynąć raczej z dostarczania generalnie zbyt dużej ilości kalorii, szczególnie w postaci tłuszczów, niż ze spożywania samego mięsa. Przemawiają do mnie argumenty natury "zdrowotnej" i upodobań smakowych, natomiast śmieszne wydają mi się argumenty natury pseudofilozoficznej. Otóż pierwszym z nich jest reinkarnacja. Według głosicieli tej doktryny nie powinniśmy chodzić do Mc Donalds’a, ponieważ w kanapce może znajdować się nasza ciocia zmielona z wujkiem. Ale właściwie to im nie zaszkodzi, bo taka jest ich karma.
   Reinkarnacja jest odpowiedzią na duchową pustkę końca XX wieku. Etap ubóstwiania zwierząt i Matki Ziemi przeszliśmy tysiące lat temu, istniał też etap ubóstwienia człowieka, istniał wreszcie etap szukania wartości większej, przekraczającej człowieka, transcendentnej. Teraz odrzucamy naszą historię, filozofię i kulturę i stawiamy na ołtarzu zwierzę. Takie rozwiązanie jest łatwe i pozornie rozwiązuje nasze problemy. Wiara w zwierzę i działalność na jego rzecz zwalnia nas od zagłębiania się w człowieka i próby dotarcia do jego istoty. Reinkarnacja upraszcza człowieka, a komplikuje zwierzę. Taka wiara może być tolerowana jako pewien etap rozwoju duchowego. Od zupełnego chaosu widzimy tu przejście do jakiejś wartości. Jednak etap ten należy zakończyć i zająć się czymś poważniejszym ( szczególnie gdy zamierzamy zostać psychologami ).
   Właściwie kocham rośliny. Nie mogę patrzeć jak codziennie na talerzach giną marchewki i sałaty. Zafunduję dziś sobie powtórkę z kotleta.
 


Art


Gorączka sobotniej nocy

Patrycja Gawrońska

   ...jeszcze tyle, to się robi coraz bardziej męczące! Zresztą czego chcesz, nic nie robisz cały rok, jeszcze ci mało! Nad wyraz delikatne obelgi, o tej porze - kto by pomyślał. Sytuacja wygląda następująco: pierwsza w nocy, komputer, Paula - z ostrym atakiem grypy, i wreszcie praca semestralna, dręcząca w równym stopniu dwie pozostałe postacie.
   Coraz cieplej. Zdjęła bluzę, ale niewiele to pomogło. Literki tańczyły szalonego walca w rytmie rumby - o tej porze wszystko można wybaczyć. Byle nie pocić się tak bardzo! Gorączka nadciągała - jak każda dama - zapowiedziana i oczekiwana, aczkolwiek bez entuzjazmu.
   Paula resztkami sił wysłała ostatni zastęp literek do tańca, poczym wyłączyła komputer. A żesz ty, pomyślała w odpowiedzi na kpiący błysk gasnącego ekranu. Nie znosili się, i oboje o tym wiedzieli. Natomiast, jak na osoby na poziomie przystało, potrafili pójść na kompromis: ona trzymała się od niego z daleka, za wyjątkiem nagłej potrzeby, on natomiast wykręcał jej umiarkowaną ilość głupich numerów.
   Oczywiście, myślała Paula, nie mógł sobie darować, co prymityw to prymityw. Z tą pogardliwą myślą opuściła pokój. Jeszcze mu pokażę, pocieszała się, potem, teraz nie mam siły. No choć maleństwo, choć, usiądź sobie - w sytuacjach traumatycznych tudzież ekstremalnych zaczynała mówić do siebie. Była to nadzwyczaj wyraźna egzemplifikacja starego ludowego porzekadła: bo wyjdę z siebie i stanę obok. A warunki po temu były nad wyraz sprzyjające: gorączka się podnosiła, było coraz cieplej, duszniej i słabiej.
   Paula usiadła pod kaflowym piecem, przytuliła się do grzejnika - jedyną funkcją pieca było robienie wrażenia, i zaaplikowała sobie jeden termometr do użytku zewnętrznego. Podczas gdy termometr spełniał swoją powinność, nieświadom tego, co dzieje się naokoło, w pokoju zaczęły dziać się rzeczy nad wyraz intrygujące.
   Więc najpierw rzeczony pokój oddalił się, zostawił Paulę na pastwę pieca, a sam zaczął się rozrastać i nabierać głębi. Skądinąd przytulne wnętrze - teraz zmieniło się w wielką przestronną jamę. A co gorsze - nie chciało już Pauli! O zdrajco, pomyślała Paula, a ja cię urządziłam, pomalowałam, dotrzymywałam ci towarzystwa. Nie ma wdzięczności na tym świecie!
A to co znowu! Puszczasz bańki? Wielka szklana kula otoczyła Paulę zamykając ją w środku. Więc tak wygląda dystans do rzeczywistości! Wszystko było daleko, Paula poczuła się jak intruz zaglądający tu z innego wymiaru.
   Krawędzie mebli nabrały miękkości, stały się rozczulająco przytulne, cóż z tego, skoro były zdecydowanie poza zasięgiem. Jestem sama, cholera, sama i to daleko stąd! I co dalej? To już nie było zabawne. Termometr, zgrzany ale ze świadomością dobrze wykonanego obowiązku, radośnie i beztrosko wskazywał 39 stopni. Chciałaś to masz, pomyślał na widok przerażonej miny Pauli, świadomość jest źródłem cierpienia! A nieświadome życie niewarte jest tego, by je przeżyć, to Goethe ignorancie - warknęła Paula. Idę spać.
   Drżącą z emocji ręką sięgnęła do lampy - ucieknie, nie ucieknie, ucieknie, nie ucieknie, ugryzie? Nie ugryzła - dała się wyłączyć. Moja kochana, chociaż ty jedna - nie jak ten zdrajca, pokój, myślała Paula z rozrzewnieniem, wsuwając się pod kołdrę. Ciemno. Zwinęła się w kłębek i zmarszczyła brwi. Coś tu nie gra, pomyślała, trochę za mało mnie! Już mnie nie ma, paruję, rozpływam się, ten drań mnie zjada. I co tu robić? Otoczyła ramionami kolana zwijając się w kłębek na wzór kota.
   Pokój nadal odpływał. A, uciekasz? Ta myśl dała jej pewną satysfakcję, pewnie się boi! A z drugiej strony nie zajmuję zbyt dobrej pozycji - na samym dnie jamy.
   Przez chwilę rozważała zagadnienia taktyczne odnośnie walki z niesfornym pokojem. Zajęta nie spostrzegła tajnej narady powiek, tudzież innych narządów, które zmęczone i zbuntowane podjęły samowolną decyzję. W ostatnim porywie solidarności odczytały Pauli swoje postanowienie: " zajmiesz się tym jutro, teraz idziemy spać".

 Izabela Krokowska

 ***

   Bóg był dzisiaj niezwykle zajęty. Rozsyłał anioły po świecie. Wezwał więc Pan sługę najwierniejszego i posłał go by dokonał ważnej misji. Anioł rozłożył skrzydła i w dumnym, pięknym locie poszybował ku Ziemi. Jak zwykle o tej porze roku rozpoczęły się polowania na kaczki. Kolejne zawody miał wygrać ten, kto upoluje największego ptaka. Uwagę myśliwego przykuła ogromna kaczka majestatycznie płynąca na tle nieba. Wymierzył dokładnie i wystrzelił, do biegu rzuciły się psy. Gdy myśliwy przybył na miejsce powiedział tylko: Niech to szlag nagły trafi. To miała być cholernie wielka kaczka. Niech to szlag! Anioł zwinął ranne skrzydło, a myśliwy w rozpaczy strzelił sobie w głowę.

 ***

   Patrzyłem na moją dziewczynę z wielką miłością. Patrzyłem na tę, którą uczyniłem kobietą zeszłej nocy i podziwiałem każdy element twarzy, każdy detal figury zgrabnej jak topola - smukła i wysoka. Kruczoczarne włosy opadały jej kaskadami na ramiona odsłonięte i tak bardzo alabastrowe. Patrzyłem z zachwytem na usta karminowe, czarne jak otchłań oczy, figlarne linie dłoni. Mógłbym tak patrzeć na nią godzinami, chłonąc jej delikatny zapach, dotykać jej ciała by zapaść w sferę nieświadomości. Patrzyłem na nią ciągle, ciągle, i od nowa, patrzyłem cały czas, patrzyłem...
   I gdy tak patrzyłem nagle ujrzałem jak jej lewa dotąd czarna brew blednie by w końcu zniknąć. Patrzyłem zdumiony, lecz nie przerażony, ciągle podziwiałem. Po chwili jedno oko zaczęło jej mętnieć i blaknąć by zniknąć tak jak lewa brew. Jej twarz zaczęła gwałtownie tracić piękny wyraz podkreślony silnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Niedługo potem zniknął nos usta, drugie oko i prawa brew. Jakby tego było mało, bezkształtna masa okryta włosami zaczęła stawać się przejrzysta, włosy posiwiały by ostatecznie także zniknąć. Ciało powoli zaczęło nabierać cech energii astralnej. Byłem przerażony. W końcu na kanapie siedziałem sam, a tam gdzie dotąd była moja dziewczyna była pustka kompletna i tylko poduszka trochę wygnieciona świadczyła o tym, że chwilę temu przebywała tam realna osoba. Gdy minął szok zacząłem zastanawiać się nad tym dziwnym zjawiskiem. Rozwiązanie przyszło do mnie niczym olśnienie. No tak, po prostu ją wygapiłem, gapiłem się na nią tak długo, aż ją wygapiłem. To musi działać na zasadzie gumki myszki. Tak więc k... nic pięknego nie trwa wiecznie.
 


Spotkania i Recenzje


Doktorat horroris causa Jacquesa Derridy

Gospodarz

   Jakże żałowałem, że nie udało mi się dostać do środka nowej auli w dzień nadania panu Jaques`owi Derridzie doktoratu Honoris Causa, i że nie udało mi się usłyszeć wykładu tego, jak wszyscy mówią, wielkiego człowieka. Publiczność dopisała wyjątkowo. Na pocieszenie uroczystość obejrzałem sobie na ekranie telewizora, a z tekstem przemówienia zpoznałem się z wydanej na tę okazję książeczki. Dobre i to. Wiedziałem, że następnego dnia ma odbyć się wykład - seminarium, o którym wiedzą nieliczni. Na małej auli WNS pojawiłem się wcześnie, jako jeden z pierwszych. Audytorium u nas raczej niespotykane: słychać było języki obce - angielski, francuski, niemiecki. Poza tym, w znacznej przewadze, wykładowcy i studenci polonistyki oraz filologii. Dużo mądrych i siwych głów.
   Seminarium o tytule: "Qu`est-ce qu`un etranger? Les Lois de l`hospitalite: ethique et politique" [Kim jest obcy? Prawa gościnności: etyka i polityka], rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem z winy szanownego gościa. Potraktowałem to jednak jako praktyczne ćwiczenie z gościnności, o której miał być wykład i nie żywiłem do profesora urazy. Wygląd twórcy dekostrukcjonizmu, profesora Derridy zadziwił mnie. Starszy, miły, dystyngowany pan. Nie wiedzieć czemu myślałem, że ktoś, komu przypisuje się etykietę postmodernizmu musi mieć w sobie coś bezczelnego, a tu nic.
   Profesor wykład swój rozpoczął od pytania: czym jest gościnność? Z radością zacierałem ręce na ucztę intelektualną. Spodziewałem się, że nie będzie to strawa lekka - wszakże to twórca niesamowicie zagmatwanych dzieł! - ale przygotowany byłem wiele wytrzymać. Jednak odpowiedź na pytanie nie padła, a myśl gościa odbiegła gdzieś w stronę Kanta i niejasnych dla mnie rozróżnień pojęciowych. Po kilkunastu minutach pytanie zostało wyrażone powtórnie. I znów nic. Byłem nieco zdezorientowany. Ktoś się zaciął, czy straciłem wątek? Rozejrzałem się po sali. Wokół mnie z namaszczeniem kiwały się siwe głowy. Wybrałem drugą możliwość.
   Po godzinie padło pytanie: czym jest gościnność?, po którym szanowny gość zaczął snuć refleksję nad etymologią nazwy miasta Freiburg. Zaiste, zapierające dech w piersiach. Wciąż pojawiała się natrętna myśl: "kiedy to się skończy, to żenujące, on sobie kpi!". Trwała trzecia godzina wykładu. Czułem się manipulowany. Tak jakby gość wypróbowywał granice naszej wytrzymałości, czyli gościnności. Wprawdzie wielu wciąż kiwało głowami, ale ci jak zaczęli, tak kiwali przez trzy godziny, szczerze przy tym ziewając. Wreszcie koniec. Gość otrzymał kwiaty, jakaś panienka odczytała poemat poświęcony Derridzie. Ja szybko wyniosłem się z dusznej sali, mimo wszystko wierząc, że ci, od których zależało nadanie doktoratu Derridzie, wiedzieli co robią.
   Może jestem krytykantem. Jeśli tak - przepraszam. Jednak nie lubię bełkotu, choćby wszyscy mówili, że to anielski śpiew. Żaden autorytet nie zwalnia od rzetelności. Nie wątpię w wielkość Derridy, choć jest to autor nie dla mnie - nie trawię jego twórczości - ale to seminarium, moim zdaniem, było żałosne. Mówiąc szczerze - na tak słabym wykładzie nie byłem już dawno, mimo że o kiepski wykład przecież tak łatwo. Jednym słowem, mój szacunek dla Derridy został skutecznie zdekonstruowany, a jeśli taki był zamiar gościa (można było odnieść takie wrażenie), to tym gorzej!

 Seminarium Jaques`a Derridy pod tytułem "Qu`est-ce qu`un etranger? Les Lois de l`hospitalite: ethique et politique" odbyło się w piątek, 12 grudnia 1997 w Sala Audytoryjnej nr 2, na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.  

Gra

Anna Syrek

   Żyjemy w określonej rzeczywistości. Banalnej - czasem bardziej - czasem mniej. Wierząc, że w tej grze losu i czasu znajdziemy drogę, sposób, klucz do naszego własnego raju. Jakimkolwiek mirażem byłby ten raj. Coraz większe ambicje toczą w nas walki, a z czasem głos rozterki i sumienia cichnie, ustępując miejsca absurdalnej nadziei, że oto NAM właśnie się uda. Uda nam się coś WYGRAĆ. Czasami to nieokreślone coś zbyt często utożsamiamy ze szczęściem. Zasłona zmylenia przysłania nam oczy. I wpadamy ... na całego w GRĘ. Podobnie jak bohater filmu D.Finchera Van Orton grany przez Michaela Douglasa. Szybko wciągamy się w nierealność kinowej sali i wraz z nim toniemy... Utożsamiamy się z piekielnie znudzonym, cynicznym milionerem, którego życie wydaje się tak samo pociągające jak i przerażające. Władza i pieniądze, ale także samotność zatopiona w namiastkach ludzkiej obecności.
   Van Orton zapomniał już czym jest faktyczne PRZEŻYCIE. Za sprawą brata, który jest jego absolutnym przeciwieństwem dotyka Tajemnicy. Otrzymuje w prezencie na 48 urodziny Kartę, którą może wykorzystać, a co za ty idzie - może ZAGRAĆ w COŚ. Nie wie co to za gra i jakie są jej reguły. Może także zapomnieć o tym prezencie i zatopić się jak zwykle w rytuale swojej egzystencji. Ma wybór. Wiecie już co wybrał, prawda? Oczywiście zrobił to, co i my na jego miejscu zrobilibyśmy - jakkolwiek wyglądałoby nasze życie. Zagrał. Nie wiedział, co zyska, a co może stracić.
   Zawsze myślimy, że w grze, którą podjęliśmy wygramy, że oto dostaliśmy klucz do naszej ZIEMI OBIECANEJ. Przed oczami mamy życie inne, lepsze, ciekawsze. Dreszcz emocji - oto czemu ulegamy w nadziei zabicia banalnej rzeczywistości. Kto z nas nie odczuwa przyjemności z gry? Kiedy po raz pierwszy odwiedzamy kasyno dostajemy darmowego "GOOD LUCK'a" i obstawiamy. Raj się zbliża... Czujemy wreszcie coś konkretnego, w świecie odrealnionym, specjalnie upiększonym na nasze potrzeby. Czujemy to radosne podniecenie, oczekiwanie, nadzieję... A mała, biała kulka przez chwilę wiruje w szalonej gonitwie po nasze szczęście. Możemy być 35 razy bogatsi. Może nam się wreszcie udać. W fascynująco prosty sposób... Przez chwilę biała kulka jest dla nas najważniejsza na świecie... Wreszcie czujemy, że ŻYJEMY... PRZEŻYWAMY... i znów obstawiamy.
   Niby nam dobrze ze sobą, a jednak czemu nie mielibyśmy spróbować jak to jest, być kimś innym, myśleć i działać w inny sposób. Móc decydować o swojej nowej osobowości, być panem sytuacji i jej Kreatorem. RPG oferuje nam dowolną rzeczywistość... A świat wirtualny uczyni ją doskonalszą. My maniacy gier, życiowi sprawdzacze nowych możliwości zadawalamy się na razie ekranem komputera i joystickiem w ręce. Oto mamy władzę, decydujemy o życiu potworów i ludzi. Ekranowa krew i jęk umierających podsyca naszą próżność, czyni nas mistrzami zabijania w świecie gdzie możemy ustanowić się NIEŚMIERTELNYMI. Nawet mistrzostwo świata w golfie, narciarstwie, Formule I-ej czy piłce nożnej czule łechce naszą dumę. Przez chwilę to nam dane jest ZWYCIĘŻYĆ, przy symulowanej owacji pełnych stadionów. Być może to jedyna okazja by poczuć smak bycia BOHATEREM, odczuć satysfakcję, a także ulgę. Odreagowujemy w świecie w którym nie ma Nikogo.
   Van Orton po wszelkich psychologicznych i fizycznych testach gra... Nie wiedząc z kim, ani o co. Z czasem stawką staje się jego życie. Dotychczasowy świat, w którym było mu tak dobrze przestaje istnieć... Tak jak w naszej grze z papierosem, kieliszkiem, narkotykiem czy zdradą... Nie potrafimy odmówić sobie DOŚWIADCZENIA NOWEGO... co życie nam ma upiększyć, albo choć troszkę zmienić. Wyciągając rękę po raz pierwszy w kierunku swojej iluzji... przestajemy już wartościować, zapominamy o znakach ostrzegawczych, którymi zapełnione są ulice, dworce, przytułki i szpitale. O ludziach, których trzęsące się, łamliwe i chore ciała krzyczą o litość. Ich gra dobiega końca... Ale my dopiero zaczynamy. I wydaje nam się, że zawsze, jakby nam nie było, może być lepiej, a przynajmniej ciekawiej. Czujemy jak dusi nas codzienność i jej rytualne zabijanie czasu. W naszych związkach z najbliższymi z każdym kolejnym rokiem widzimy coraz więcej nudy i żądamy nowych wrażeń... Poznajemy nową osobę, i widzimy nową szansę... Znów serce bije nam szybciej i łudzimy się, że bije tak tylko dla miłości... Zresztą czy jednorazowa nielojalność może nam w czymś zaszkodzić? Krycie się, kłamstwo, intryga i oszustwo tylko podsyca nową grę... Gdy ryzyko jest większe, to zwycięstwo staje się słodsze. Znów jesteśmy MISTRZAMI ŚWIATA. Dopiero wraz z pierwszą łzą i bólem... dociera do nas, że jesteśmy tylko sługami GRY.
   W zaskakującym finale filmu okazuje się, że dzięki grze (wykupionej w specjalistycznej Agencji) odradza się zagubiona skala wartości głównego bohatera, który ostatecznie świetnie bawi się na swoich urodzinach.
   A nam pozostaje prawdziwe życie. Zawsze mamy wybór. Zagrać? Szkoda, że z naszych gier, najczęściej prawdziwy zostaje tylko ból.

 Pazur Kilera - Kiler Pazura

Małgorzata Łodej

    Skoro ponad dwa miliony Polaków widziało już "Kilera", postanowiłam i ja zobaczyć ten film. Co tu dużo mówić - zawiodłam się. Być może stało się tak dlatego, że moje oczekiwania wobec tego filmu, podsycane pochwałami w mediach, opiniami znajomych i świetną obsadą, były ogromne. Poczułam się ofiarą społecznych oddziaływań, kiedy to wyszłam z kina, a mięśnie brzucha i twarzy wcale mnie nie bolały. Nie powiem, że się nie śmiałam - ale było to najczęściej w momentach, kiedy nikt inny tego nie robił. Atmosfera w kinie była tak podkręcona, że ludzie nastawieni na to, iż przyszli do kina na Kilera, śmiali się prawie ze wszystkiego co działo się na ekranie, od kiwnięcia palcem, po przekleństwo (zauważyłam z resztą, że ludzi przeklinanie na ekranie bardzo śmieszy).
   Przypominało mi to trochę, ostatnio tak bardzo popularne w polskiej telewizji, seriale komediowe z podkładanym śmiechem, (jakby to współczesnemu człowiekowi trzeba było pokazywać, co jest śmieszne). Gdy dodamy do tego jeszcze fakt, że seriale komediowe obecne w naszej telewizji, są źle, niedokładnie tłumaczone, prawie wszystkie wywodzą się z Ameryki i z tego co mi wiadomo nasiąknięte są humorem amerykańskim, dziwić może to, że Polacy się z nich śmieją. Czyżbyśmy faktycznie tak bardzo chcieli do Ameryki, bo nie mogę uwierzyć w to, że to są dobre filmy. Póki co jesteśmy wolni i możemy tego po prostu nie oglądać.
   Wracając do Kilera. Zabrakło mi w tym filmie czegoś, co wyniosłabym z kina (nie myślę tu o np. krześle). Tak naprawdę dobry film zawsze niesie ze sobą to COŚ. Nawet jeśli jest to komedia. Jeżeli nie - mam żal do scenarzysty, reżysera i wszystkich, którzy maczali w tej produkcji palce, iż nie uszanowali widza i potraktowali go jako szarą masę, po prostu tłum. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale czuję, że ten film wcale nie jest dobry. Nie chodzi mi w tej chwili o śmieszność, ale o całokształt. Myślę, że dużo dzieli go od Szczęśliwego Nowego Jorku Zaorskiego, czy moim zdaniem doskonałych Historii miłosnych Stuhra. Co z tego, że ktoś w krainie marzeń dla kinomana chce zrobić amerykańską wersję Kilera. Chyba nie ma się z czego cieszyć - to po prostu podrzucenie komuś historyjki do filmu. I tak nikogo nie będzie obchodziło, że pomył pochodzi z takiego małego, pięknego kraju w Europie... Zresztą Kiler bez Pazury, to już zupełnie nie mieści mi się w głowie. No bo kto mógłby go zastąpić - Jaś Fasola, Tom Cruise, czy może Sylwester Stallone?
   Jedno co naprawdę w Kilerze mi się podobało - to gra i cała aktorska osobowość Pazury. Lubię go i zawsze mnie śmieszy. Jednak nawet on nie uratował tego filmu w moich oczach.

Kiler, Polska 1997, reż. Juliusz Machulski, wyk.: Cezary Pazura, Małgorzata Kożuchowska, Jerzy Stuhr, Janusz Rewiński i inni.


Powrót na stronę główną
 
Powrót na stronę główną