

| Psychologia | Art | Wydział | Recenzje i Spotkania |
| Wykład
Marcin Golka Kiedy
Duch walczył
Analiza
rysunku wykładowego
|
Brązowy
kosmyk z różową kokardką
Patrycja Gawrońska |
Są wśród
nas
A.n.K Koniowatość
konia
|
Kobieta
bez winy i wstydu
Patrycja Fojt Katowickie
"Okna"
Zanussi
- majonez czy miód
|
Artykuł ten dotyczy
nie tylko wykładów, ale wszelkich wystąpień, również tych uskutecznianych
przez studentów na seminariach, ćwiczeniach i innych zajęciach.
Nie chcę tu wypisywać,
co i jak powinno być prawidłowo, ale napiszę, co działa na mnie i jak myślę
też na innych, a o czym świadczy np.: frekwencja na pewnych wykładach.
Po pierwsze za
wszelką cenę należy unikać nudzenia - jednostajnego miękkiego, nosowego
i usypiającego głosu. Ogólnego braku wczucia się w temat mimo, że jest
się w nim ekspertem - takiego wyklepania przyswojonych i dobrze znanych
treści. Każdy nawet najnośniejszy temat można położyć, a najnudniejszy
i nieciekawy przedstawić, przez odpowiednie operowanie głosem, wczuwanie
się, ciekawe przykłady, odnoszenie do różnych aspektów życia, trafne metafory,
w sposób zapierający dech w piersiach i trzymający (nawet niedospane czy
zmęczone) audytorium w stanie podniecenia tymi treściami. Najgorsze jest
beznamiętne przekazywanie suchych wiadomości i niepopieranie ich żadnymi
realnymi przykładami, które moglibyśmy odnieść do życia własnego czy znajomych.
Aspekt emocjonalny
jest potrzebnym czy wręcz niezbędnym elementem każdego wykładu czy przemówienia.
Równie ważne są kompetencje, osoba przemawiająca nie może stracić wątku
ani zapętlić się w przedstawianiu swoich wywodów nie może też nie umieć
uzasadnić swojego toku rozumowania.
Te moje uwagi
można by streścić w zdaniu: nie ważne jest o czym mówimy, ale w jaki sposób
to mówimy i przekazujemy. Jeszcze słówko o konwencji, jeśli tylko są w
niej elementy żartobliwe to podoba się ona większej części słuchaczy niż
jeśli jest czysto scjentyczna, sztywna i uporządkowana tak, że czuje się
ten chłód wionący zza katedry. Największych bzdur można wysłuchać z ciekawością
- bo ktoś umie dobrze gadać.
To jest tak jak
z zakupami: większość woli kupić produkt ładnie, czysto i atrakcyjnie opakowany
mimo, że może kryć się pod tym niższa jakość, niż produkt dobry, ale przykurzony
i zapakowany w starą potarganą gazetę. Więc zadaniem mówcy powinno być
jak najatrakcyjniej opakować i sprzedać to co ma do przekazania byśmy z
chęcią to kupili, a nie uciekali do innego
sklepu.
Po drugie przemawiający
musi chcieć przemawiać i musi mu to sprawiać radość, przyjemność. W ogóle
musi być to ktoś kto chce mieć kontakt z ludźmi, a nie taki co w duchu
mówi sobie: muszę to przekazać, odwalić ale tak naprawdę to ja nie znoszę
do nich mówić i mogliby już sobie pójść albo wcale nie przychodzić. Takie
podejście spala go już na starcie. Tutaj mają znaczenie pewne uwarunkowania
osobowościowe. Oczywiście odpowiednią postawę można sobie wypracować, ale
trzeba mieć jakąś bazę i trzeba tego chcieć, a nie wszyscy mają i chcą.
Poza tym są ludzie stworzeni do przemawiania i tacy, którzy nigdy nie powinni
znaleźć się na ambonie. Dotyczy to zwłaszcza naukowców pracujących we względnej
samotności, którzy spędzili parę dobrych lat przysypani stosami książek.
Często ktoś o bardzo ciekawych rzeczach ględzi, do nikogo treść ta nie
dociera, część przysypia, część ziewa inni się nudzą i jak w rzymskim teatrze
kierują kciuk w dół - niestety, lew się nie pojawia. Ja tu trochę przerysowuję
ale chodzi mi o to żeby pewni ludzie nie brali się na siłę do tego do czego
nie są stworzeni i nie katowali innych swoimi wystąpieniami.
Myślę, że są
to dwa najważniejsze elementy i jeśli ktoś je weźmie pod uwagę to jego
wystąpienie się uda, a reszta (image i inne techniczne szczegóły) jest
już mniej ważna i z czasem ją sobie dopracuje. Chyba, że po zapoznaniu
się z tym tekstem zrezygnuje z wystąpień publicznych co też będzie z pożytkiem
dla potencjalnych słuchaczy.
Dnia 06.11.97
Duch ponownie starł się z Materią. Wrogość pomiędzy nimi, sięgająca czasów
powstania wszechświata, albo jeszcze wcześniej, znów znalazła wyraz w bezpośredniej
walce. Obserwowało ją, jak szacują niektórzy, około 400 osób, ale tego
nie można z całą pewnością stwierdzić. Wiadomo jednak, że wśród gawiedzi
znalazły się głowy zacne, uczone. Zachodziły obawy, że tłum zechce się
wzajem pozadeptywać, wszystko skończyło się jednak dla tłumu dobrze. Ilość
przybyłych nie daje się w żaden sposób wytłumaczyć. Duży udział w tym miała
popularność jaką powszechnie darzy się Ducha i Materię. Nigdy nie widziano
takiej ilości ludzi na żadnym z wykładów.
Pierwsze
uderzenie z przyzwolenia moderatora nastąpiło od strony dr Piotra Łaszczycy.
Zrazu czaił się on, zwodził przeciwnika utyskując na nieodpowiednie przygotowanie
pola walki, jednak w końcu uderzył mocno i celnie. Jednak dr Marek Adamiec
był na ten cios doskonale przygotowany. Odparł go lekko, tak jakby nie
był on wcale śmiertelnym w istocie pchnięciem i równocześnie kontratakował
wyśmienicie, z miną pewną swej szybkiej wygranej. Zaskoczony nieco biegłością
rywala dr Łaszczyca powtórzył swój poprzedni manewr, zrozumiawszy jednak
w lot błędność tej strategii, zwinnie zmienił krok i precyzyjnie raził
konkurenta.
Zmagania
trwały długo, choć przeciwnicy nie dawali po sobie poznać zmęczenia. Jednak
ich ciosy, choć nie pozbawione kunsztu, stawały się coraz bardziej lekkie,
jakby bez woli zwycięstwa za wszelką cenę, jakby chciały oszczędzić stojącego
naprzeciw. Niestety, moderator skupiony na technicznej czystości rywalizacji
nie dostrzegł, iż walka zamienia się powoli w drobną sprzeczkę, małe nieporozumienie,
łatwe do rozwiązania dla obu stron. A zgubna ta ewolucja ku ujednolicaniu
stanowisk trwała nadal. I już dało się słyszeć, jak wpierw jeden, a potem
drugi zawodnik wypowiada zdania, które wpierw słyszał od przeciwnika, i
które wpierw uznał za wystarczający powód do rzucenia wyzwania. Ciosy stawały
się coraz bardziej gestami wyrażającymi chęć pojednania
Nie to
jednak stało się płaszczyzną ostatecznego porozumienia. Przyczyną tą stał
się fakt, że każdy z walczących uznał w końcu, że ani jego stanowisko,
ani przeciwnika, nie jest warte obrony. Jak zwykle idąc po słusznej linii
negującej przemoc, obaj zgodzili się, że prawda leży gdzieś po środku (tu
obaj spojrzeli na moderatora, który jednak akurat siedział) i trzeba by
jej razem jeszcze kiedyś poszukać. Czy będą szukać i co właściwie będą
chcieli znaleźć - nie wiadomo. Wiadomo jednak, że nie zdarzają się często
na naszym wydziale spotkania tak bardzo inspirujące, które w dodatku przyciągałyby
tak liczne audytorium, o dziwo zainteresowane tym, co poza programem zajęć.
Wiadomo też,
że w starciu tym nikt nie mógł wygrać i jego przebieg musiał mieć taki
przebieg. Śpiewa o tym wyraźnie genialny Lech Janerka: "Nie bez histerii
Duch walczy z Materią / Nie bez histerii Materię ogarnia chory strach /
Lecz co zabawne, to wynik jest wciąż tą samą grą" (Ur).
Powszechnie wiadomym jest, iż rysunek wyraża w jakiś sposób człowieka. Analizując czyjś wytwór plastyczny można dojść bardzo głęboko do jego wnętrza. Oczywiście trzeba starać się o coraz większą biegłość w tej materii. Rysunek spontaniczny może powiedzieć o człowieku zdecydowanie najwięcej. Moją ambicją jest wgryźć się troszeczkę w osobowość studencką. Jak to zrobić? - przypatrując się dziełom, które powstają w czasie wykładów. Z mnóstwa dzieł, które do mnie dotarły (każdy student wie jak bardzo w tej dziedzinie można być twórczym) wybrałam najciekawsze.
Rys. 1
Widać tutaj pewną schematyzację,
lecz przy głębszym przyjrzeniu się uwidacznia się coraz większa pomysłowość
w powtarzaniu tego samego motywu. Student chce wyrwać się z ramek, w które
się go wkłada chce być indywidualnością, jest w nim potrzeba nowości, zrobienia
czegoś innego, ciekawego. Potrzeba ta narzuca się coraz silniej, aż do
zniecierpliwienia i rozdrażnienia, które widać w ostatnim fragmencie rysunku.
Czyżby wykład, w którym student uczestniczył, nie odpowiadał na potrzeby
tego młodego człowieka?
Rys. 2
Znowu wołanie o urozmaicenie - świadczy
o tym wielość zawarta w rysunku. Student jest aktualnie w stanie dezintegracji
- w wyniku tego pojawiają się różne tematy, przeciwne stany emocjonalne:
smutek (łzy) i radość. Na początku linia jest rysowana spokojnie. Ostatni
element rysunku (gwałtownie pokreślona postać) - pojawiła się agresja.
Student potrzebuje stymulacji, dużej ilości różnych bodźców, kompensuje
to sobie różnorodnością w rysunku i szybką zmianą stanów emocjonalnych.
Rys. 3
Jest dopracowany w szczegółach,
przemyślany, linia rysowana spokojnie (z pewnością powstał na początku
wykładu - rysujący miał wiele czasu). Uwidacznia się tutaj zamknięcie,
brak wolnej przestrzeni. Rysunek jest mały i ścieśniony. Student czuje
się stłamszony, ograniczony, zamknięty w jakimś wąskim kręgu. Ciekawy kształt
nadany temu kręgowi świadczy o chęci nadania tej sytuacji jakiegoś dobrego
aspektu (i już ocieramy się o mechanizmy obronne).
I co z tego wynika? Jesteśmy trochę
zaburzeni.
Przepraszam za niedokładność i powierzchowność
tej analizy, ale... pisałam to na wykładzie.
Lustro mignęło zalotnie. Anna wpatrzona w jego
srebrną taflę z melancholią przeczesała palcami swe długie, brązowe loki.
Pod dotykiem jej dłoni włosy zaczęły mruczeć rozkosznie. Anna westchnęła
poirytowana, wszak to nie ona zwykła pieścić te bezmyślne kosmyki. One
nic nie rozumieją, nikt nie rozumie!
Ręce oderwane od rozczarowanej czupryny powędrowały
do twarzy, która nie miała nic przeciwko temu. Spod powieki wystawał łebek
łzy mającej dyżur tego ranka. Skontrolowawszy sytuację postanowiła podnieść
alarm.
Anna, nieświadoma zamieszania, jakie wywołała opadła na fotel.
Przymknęła oczy i zaczęła bujać się lekko (gdyż fotel należał do bujanych).
- Jest mi smutno - skonstatowała. - Jest mi smutno i tęskno.
Łzy zaczęły wypływać równym szeregiem.
- Wtedy była wiosna, pamiętam, wtedy one też wypływały, miałam katar
sienny, czy coś. I wtedy On był przy mnie. Resztkami sił wróciła do rzeczywistości
w celu wytarcia oczu i nosa, poczym pogrążyła się na powrót we wspomnieniach
swej szczęśliwej przeszłości we dwoje.
- Było bardzo ciepło, leżeliśmy na łące wśród polnych kwiatów. Powietrze
pachniało balsamicznie i co nieco żywicznie, od gaiku sosnowego. Ptaszki
ćwierkały i pszczółki bzyczały specjalnie dla nas. Byliśmy tacy szczęśliwi!
On trzymał mnie za rękę, ja patrzyłam mu głęboko w oczy. Nic nie mówiliśmy.
Bo cóż moglibyśmy dodać. Potem otworzyłam koszyk z prowiantem, jedliśmy
kanapki z jajkiem. Trochę masła zostało mu na nosie, a ja wytarłam je chusteczką.
On zawsze był taki niezdarny, mój Ciapulek. I tak
go kochałam! A potem poszliśmy nad staw, i on wszedł do wody narwać dla
mnie lilii, pływały sobie po zielonkawej tafli, jak wielkie złote korony
prześwietlone słońcem. Pamiętam, pomyślałam sobie, że to elfy musiały je
zgubić podczas nocnych igraszek. I chciałam mu to powiedzieć, ale on właśnie
podszedł do mnie i wręczył mi całe ich naręcze. Jego białe spodnie ubłocone
do kolan ciaplały o nogi, kiedy leśną dróżką wracaliśmy do domu, a glony
skapujące z łodyg brudziły mi sukienkę. To było takie romantyczne!
A potem on dostał anginy i ja się nim opiekowałam,
gotowałam mu grysiki, myłam, przynosiłam basen, biegałam po księdza - on
jest taki delikatny i wątły. A potem lilie uschły w wazonie na kominku,
chciałam je wyrzucić, ale on nie pozwolił. A teraz odszedł! Pozostały mi
tylko te kwiaty uschnięte.
Druga porcja łez wypłynęła spod powiek, tym razem
szczęśliwie dotarła do podbródka - Anna nawet się nie poruszyła zatopiona
we wspomnieniach.
- A nasze poranki! Wstawałam wcześniej, żeby przygotować mu śniadanie.
Potem On przychodził do kuchni i całował mnie na powitanie. Wtedy odwracałam
twarz i nadstawiałam policzek.
On był jak dziecko, mój kochany, musiałam prowadzić
go do łazienki, nakładać pastę na szczoteczkę, podciągać opadające spodnie
od pidżamy, prać skarpetki. Byłam mu potrzebna. Teraz nikt mnie nie potrzebuje!
Nie mam już po co żyć!
Pod wpływem nagłego bólu Anna skuliła się w fotelu,
mebel zachwiał się niebezpiecznie.
A kiedy spadłam z fotela i On nakrzyczał na mnie,
że jestem niezdarna i przeszkadzam mu w pracy. I miał rację, i tak bardzo
Go przepraszałam, a On mi potem wybaczył i był taki kochany, i pozwolił
mi nawet obejrzeć film, choć wiem, że go nie lubi. On był zawsze taki dobry
dla mnie. I zawsze mogłam mówić innym, że On mnie kocha, i oni mi zazdrościli
i myśleli, że jestem taka cudowna. A teraz każdy sobie pomyśli, że jestem
do niczego. To już lepiej nie żyć tak dalej.
Anna ugięła się przytłoczona ogromem bólu
i cierpienia. Fotel powoli tracił cierpliwość - znajdował się na skraju
wytrzymałości każdego rodzaju. Czarne myśli fruwały naokoło lampy, ogłupiały
kot obserwował skomplikowaną trajektorię ich lotu. Miał ochotę machnąć
na to łapą, ale obawiał się konsekwencji. Robiło się coraz mroczniej, myśli
skupiały się i łączyły w jedną ogromną depresję. I wtedy, kiedy wydawało
się, że już wszystko stracone, że tylko schować się do nory i umrzeć, że
już zawsze będzie źle, że nigdy nie wyjdzie słońce, że już nigdy nie uda
się ciasto bez zakalca, że nigdy nie będzie wiosny i zawsze wszystko będzie
szare - właśnie wtedy Anna podniosła głowę. Spojrzała w górę, czarne wirujące
strzępki zwolniły zaskoczone, poczym z piskiem zaczęły uciekać przed łapiącą
je dłonią.
- Dość - pomyślała Anna i potrząsnęła bojowo czupryną, a kasztanowe
loki zadrżały z emocji.
Godzina 17 00 w budynku uczelni. Korytarze właściwie
puste. Za oknem zimno i ciemno. Nic przyjemnego. Brrr! Tutaj, na uczelni,
zapalone światło, ciepło, prawie luksus.
Siedzę sama na korytarzu próbując zabić czas czytając
jakąś książkę. Z daleka dochodzą głosy rozmów. Cichną.
W niedługim czasie słyszę kroki. Powoli zbliżają się, mijają mnie,
wracają. Nie odrywam oczu od książki, ale kątem oka spostrzegam, że to
całkiem przystojny facet. W naszym babińcu nie jest to częste zjawisko.
Wracam do lektury, tylko że coś mi przeszkadza się
skupić. Drżę a cała ławka razem ze mną. Spoglądam na sąsiada - "Boże, to
nie możliwe!" - wracam do książki. "Co robić? Jak zareagować? Krzyczeć?"
- myśli kłębią się w głowie. Próbując zachować spokój, ukryć drżenie głosu,
zwróciłam się do "gościa". Niesamowite, ale poskutkowało! Nie potrafię
przytoczyć słów, które wtedy wygłosiłam, ale mój spokojny głos podziałał
na niego jak zimny prysznic.
Wstał, zaczął mnie przepraszać - "Wiesz, ja nie
jestem groźny" - usłyszałam na pocieszenie z ust ekshibicjonisty. Usłyszałam
jeszcze słowo "przepraszam" - i "gość" szybko zniknął. Uff! Nie mogę uwierzyć,
że to się wydarzyło. Dopiero teraz czuję jak szybko bije serce, ręce drżą,
a nogi... dobrze, że siedzę. W głowie kłębią się myśli, ale jedna wysuwa
się przed pozostałe - jak mogło się to wydarzyć na uczelni, miejscu, o
którym cokolwiek by się nie myślało, traktuje się je jako bezpieczne.
Spotkanie z ekshibicjonistą na wydziale przeraziło
mnie. Przez długi okres czasu starałam się nie zostawać sama na uczelni.
Bałam się długich, pustych korytarzy. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że
nie byłam pierwszą dziewczyną, która zawarła taką znajomość z naszym "gościem".
A jakież było moje zaskoczenie, gdy usłyszałam w administracji najpierw
słowa zdziwienia i niedowierzania, a później radę, że gdy znowu go zobaczę,
to powinnam zgłosić ten fakt do odpowiedniego pokoju. Spotkałam się z bezsilnością
i chyba brakiem dobrej woli.
Postanowiłam sama zadbać o swoje bezpieczeństwo
i tak zaczęła się moja krótka przygoda z karate. Co mi to dało - może spróbuję
kiedyś o tym napisać, ale teraz wróćmy do "gościa" wydziału.
Minęło trochę czasu - złość, niechęć, odraza i ludzki
strach zaczął powoli przygasać. Przestałam przywiązywać wagę do samotnego
spędzania czasu na pustych korytarzach. I po raz kolejny przekonałam się,
że uczelnia nie jest najbezpieczniejszym miejscem.
"Gość" odwiedził naszą uczelnię ponownie i tak się
"szczęśliwie" złożyło, że po raz kolejny miałam okazję go spotkać. Tylko,
że tym razem nasze spotkanie przebiegało zupełnie inaczej. Dlaczego podjęłam
rozmowę z przerażającym mnie człowiekiem? Nie potrafię wytłumaczyć. Mogę
jedynie opowiedzieć o tym, co czułam, o wrażeniach z naszej pogawędki.
Kiedy go zobaczyłam, poznałam go natychmiast. Coś ścisnęło mój żołądek
- strach? Właściwie rozmowa zaczęła się banalnie od pytania o godzinę,
a gdy "gość" zorientował się skąd się znamy próbował przerwać rozmowę.
Tak się jednak nie stało. Rozmawialiśmy ze sobą długo, a czas leciał nieubłaganie.
Od łatwych, przyjemnych i bezpiecznych tematów przechodziliśmy do coraz
trudniejszych. Ciągle nurtowało mnie, dlaczego młody, przystojny i elokwentny
człowiek ma problemy ze swoim napięciem seksualnym. Onanizm był dla
niego jedyną formą zaspokajania potrzeb i rozładowywania napięcia seksualnego.
O historii zaburzenia nie mówił wiele, raczej skupił się na przekonaniu
mnie, że nie jest złym człowiekiem, dewiantem. Sprawiał wrażenie głęboko
przeżywającego swoją bezradność i próby leczenia. To chyba było dla mnie
największym zaskoczeniem - próba przekonania mnie, że zdaje sobie sprawę
z nieprawidłowości takiego zachowania się, ale nie potrafi (nie chce?)
z tym nic zrobić.
Czy mówił prawdę, czy była to z jego strony czysta
gra? Nie wiem. Od tamtej pory traktuję zaburzenia seksualne zupełnie inaczej,
a i seksuologia zaczęła mnie interesować. Myślę, że po prostu zobaczyłam
"ludzką twarz" tzw. zboczeńca. Wszystkie złe uczucia, gdzieś się ulotniły,
niedociągnięcia w konsekwencji "ścigania sprawcy" poszły w zapomnienie.
Opisane przeze mnie wydarzenia miały miejsce dwa
lata temu. Dlaczego więc do nich wracam? Ano, dlatego, że nasz wydziałowy
"gość" pojawił się znowu na uczelni. Czy tym samym celu? Myślę, że
tłumy studentów, jakie przelewają się ostatnio przez ten budynek mogą go
skutecznie odstraszyć. Gdyby się tak jednak nie stało, to chciałabym, żeby
wszystkie dziewczyny, zwłaszcza te z pierwszych lat studiów, wiedziały
o tym fakcie. Skoro nie możemy liczyć na interwencję ze strony władz, to
nie pozostaje nam nic innego, jak liczyć tylko na siebie.
Koniec chciałabym podzielić się kilkoma radami dla
tych, które nie mają ochoty czekać na cud.
Po pierwsze - unikajcie samotnego siedzenia wieczorami na pustych korytarzach
wydziału.
Po drugie - jak najrzadziej przebywajcie w oddalonych częściach budynku.
Po trzecie - jeżeli już będziecie miały "przyjemność" spotkać naszego
"gościa" - NIE PANIKUJCIE! Opanowany głos jest dużo lepszym środkiem niż
krzyk.
- "Mój pies przeszedł właśnie desensytyzację pozytywną i nie boi się
już odkurzacza".
- "Czy mogłabyś wesprzeć mnie psychicznie; nie chcę zostać posądzona
o relatywizm moralny".
- "O, widzę, że id góruje nad ego, a superego w ogóle o tobie zapomniało".
- "Zakomunikuj mi niewerbalnie o swym stanie emocjonalnym....".
To tylko niektóre fragmenty zaczerpnięte z rozmów zasłyszanych na korytarzach
PiPS-u. I można by je mnożyć wręcz w nieskończoność.
Gdy przekraczasz pierwszy raz progi naszej uczelni i przechadzasz się
wśród tłumów tubylców, to trochę się dziwisz, różnie myślisz ale nade wszystko
z ulgą stwierdzasz: "Jakie to szczęście, że mówię normalnie!". Językiem
ludu, a nie wybrańców.
Pierwszoroczni sądzą, że używanie specjalistycznego języka psychologicznego
to daleka przyszłość. Tymczasem okazuje się, że to bliska teraźniejszość
No i już po chwili, sami między sobą (podobnie jak studenci wyższych lat)
gaworzą, o przepraszam: prowadzą intelektualne dysputy o...
A może by tak spróbować "odpowiednie dać rzeczy słowo". Byle nie ciągle
i wyłącznie językiem nie na sprzedaż.
DOZNAJCIE ZATEM OLŚNIENIA (KTÓRE MOŻE WYKLUJE SIĘ PO DŁUGIEJ FAZIE
INKUBACJI) I ADEKWATNIE ZAKOMUNIKUJCIE SOBIE (PODCZAS POPRAWNEJ INTERAKCJI)
O ZASTANEJ RZECZYWISTOŚCI. HA, HA - powodzenia!
P.S. Wcale nie twierdzę, że rozmawiam w stylu innym, niż ww. A czasem
żal.
Zainspirowana nieco tajemniczym tytułem książki,
która niedawno pojawiła się na naszym rynku wydawniczym, oraz świadoma
wielkości jej autora w dziedzinie psychologii postanowiłam po nią sięgnąć.
Malutka książeczka, o nas - kobietach, ale
nie tylko o płeć żeńską w niej chodzi. Rozpoczyna się bowiem od rozważań
nad prapoczątkami...
Jak to naprawdę było, kiedyś w rajskim ogrodzie,
gdzie spotkali się Adam i Ewa? I tu właśnie zaczynają się domysły, rozważania
o próba odpowiedzi na rozmaite pytania. Podejmuje się tego trudu sam pan
Eichelberger. Dlaczego Bóg stworzył dwie przeciwstawne płci? Pytanie z
pozoru błahe, a jednak... A jeśli już stworzył, to czym się kierował nadając
im taki a nie inny wymiar egzystencjalny? Czy wiemy jakiej płci jest sam
Stworzyciel? Czy zdajemy sobie do końca sprawę, że nosimy w sobie aspekty
kobiecości i męskości, a one są tak wspaniale komplementarne? Rozważania
te, podstawowe, ale jak ważne, pozwalają nam zgłębiać iście tajemną sferę
naszego zarania.
Wreszcie... kto ponosi winę, za dramat pożądania
owocu rajskiego? Czy naprawdę winna jest kobieta? Kim jest ona w rzeczywistości,
jak kształtował się jej wizerunek przez wieki? Była przecież jednocześnie
kusicielką, średniowieczną czarownicą paloną na stosie, kapłanką, świętą
syreną, ladacznicą...
Czym wobec tego jest kobiecość? Jak ją kreować,
by mała dziewczynka rosła wolna od poczucia winy, lęku, wstydu? Kto jest
za to odpowiedzialny?
Te wszystkie kontrowersje próbuje autor zanalizować,
czyniąc płeć piękną bohaterem swojej podróży w czasie, aż do początków
istnienia. Książkę czysta się bardzo dobrze
Czy warto odkrywać z Eichelbergerem? Tak, ponieważ
zawsze warto wzbogacać się o coś czego jeszcze nie wiemy, a jeśli wiemy,
to w tym momencie możemy skonfrontować nasze poglądy, myśli i uczucia z
odczuciami innych ludzi. Dlatego zachęcam - udajmy się tam, gdzie wyrasta
silna i piękna kobieta, uwolniona od tego, czym przez wieki obarczał ją
świat; na tyle silna, by poznać prawdę o sobie i uwierzyć w swoją wyjątkowość.
Sobota, późne popołudnie, nieduża sala w budynku
Ośrodka Edukacji Kulturowej. Wszystkie miejsca siedzące zajęte, tłumy ludzi
na parapetach, podłodze. Każdy czeka i wreszcie... zjawia się sam Wojciech
Eichelberger.
Rozpoczyna się spotkanie pod tytułem: "Kobieta
- remedium na chorobę świata". Wszyscy milkną, oczekujemy wprowadzenia
w problematykę tak bliską autorowi i nam, skoro się tam znalazłyśmy - i
tu pierwsze rozczarowanie. Nie ma wprowadzenia. Pan Eichelberger natychmiast
przechodzi do pytań. Od tej chwili spotkanie staje się namiastką psychoterapii
dla kilku wybranych szczęśliwców, którzy zdążą zasygnalizować swój problem
zanim gość w pośpiechu opuści salę. Nie wiadomo, czy dla samego mistrza?
owe pytania wydawały się zbyt głębokie (a może zbyt trywialne?), ale odniosłyśmy
wrażenie, że szybko zbywał swoich rozmówców mało jasnymi i mało przejrzystymi
odpowiedziami. Nie oznacza to, że gość nie był zaangażowany w rozmowę,
jednak sprawiał wrażenie jakby bardziej oczekiwał pytań związanych ze swoją
książką pt. "Kobieta bez winy i wstydu", która została niedawno wydana,
niż pytań głęboko osobistych, które zdecydowanie przeważały.
Być może jest tak, że osoba znana nam i popularna
dzięki mediom (w tym wypadku program "Okna"), wydaje się nam kimś wszystkowiedzącym.
Prawdopodobnie podświadomie oczekiwałyśmy, że to spotkanie rozwieje nasze
wszystkie wątpliwości, ale przecież nikt nie jest na tyle doskonały, by
wszystko wytłumaczyć i wszystko pojąć. Po spotkaniu miałyśmy dosyć mieszane
uczucia, ale absolutnie nie było to zniechęcenie i uraz do głównego bohatera.
Przecież nie był w stanie w ciągu dwóch godzin zaspokoić potrzeb wszystkich
osób, które się tam znalazły.
Wyniosłyśmy mimo wszystko wiele, wzbogaciłyśmy
się o nowe, niezwykłe spojrzenie na świat, kobietę, sferę uczuć między
ludźmi. Pozostały w naszym wnętrzu piękne myśli i przesłania, wiele z nich
ma uniwersalną wartość. Jednym z nich chciałyśmy zakończyć nasze rozważnie:
"kobieta i mężczyzna spotykają się po to, by się przestać od siebie uzależniać".
