Gazeta Studentów Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego

Ponad-To
 
 

 Grudzień 1997 Nr 2 (2)


    Drugi numer Ponad-To jest dowodem na to, że warto było tworzyć tę gazetę. Spotkała się ona z dużym zainteresowaniem wśród naszej społeczności akademickiej, czego dowodem jest chociażby duża ilość artykułów jakie napłynęły do redakcji. Oby tak już pozostało. A tymczasem najlepsze życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia!


 
Psychologia Art Wydział Recenzje i Spotkania
Wykład  
Marcin Golka  

Kiedy Duch walczył   
z Materią   
Jarosław Polak  

Analiza rysunku wykładowego   
Daria Noga

Brązowy kosmyk z różową kokardką   
Patrycja Gawrońska  
 
Są wśród nas   
A.n.K   

Koniowatość konia   
Elżbieta Makselon   
 

Kobieta bez winy i wstydu   
Patrycja Fojt   

Katowickie "Okna"   
Anna Borysławska,   
Patrycja Fojt  

Zanussi - majonez czy miód   
Anna Syrek

  

Psychologia


Wykład

Marcin Golka

    Artykuł ten dotyczy nie tylko wykładów, ale wszelkich wystąpień, również tych uskutecznianych przez studentów na seminariach, ćwiczeniach i innych zajęciach.
    Nie chcę tu wypisywać, co i jak powinno być prawidłowo, ale napiszę, co działa na mnie i jak myślę też na innych, a o czym świadczy np.: frekwencja na pewnych wykładach.
    Po pierwsze za wszelką cenę należy unikać nudzenia - jednostajnego miękkiego, nosowego i usypiającego głosu. Ogólnego braku wczucia się w temat mimo, że jest się w nim ekspertem - takiego wyklepania przyswojonych i dobrze znanych treści. Każdy nawet najnośniejszy temat można położyć, a najnudniejszy i nieciekawy przedstawić, przez odpowiednie operowanie głosem, wczuwanie się, ciekawe przykłady, odnoszenie do różnych aspektów życia, trafne metafory, w sposób zapierający dech w piersiach i trzymający (nawet niedospane czy zmęczone) audytorium w stanie podniecenia tymi treściami. Najgorsze jest beznamiętne przekazywanie suchych wiadomości i niepopieranie ich żadnymi realnymi przykładami, które moglibyśmy odnieść do życia własnego czy znajomych.
    Aspekt emocjonalny jest potrzebnym czy wręcz niezbędnym elementem każdego wykładu czy przemówienia. Równie ważne są kompetencje, osoba przemawiająca nie może stracić wątku ani zapętlić się w przedstawianiu swoich wywodów nie może też nie umieć uzasadnić swojego toku rozumowania.
    Te moje uwagi można by streścić w zdaniu: nie ważne jest o czym mówimy, ale w jaki sposób to mówimy i przekazujemy. Jeszcze słówko o konwencji, jeśli tylko są w niej elementy żartobliwe to podoba się ona większej części słuchaczy niż jeśli jest czysto scjentyczna, sztywna i uporządkowana tak, że czuje się ten chłód wionący zza katedry. Największych bzdur można wysłuchać z ciekawością - bo ktoś umie dobrze gadać.
    To jest tak jak z zakupami: większość woli kupić produkt ładnie, czysto i atrakcyjnie opakowany mimo, że może kryć się pod tym niższa jakość, niż produkt dobry, ale przykurzony i zapakowany w starą potarganą gazetę. Więc zadaniem mówcy powinno być jak najatrakcyjniej opakować i sprzedać to co ma do przekazania byśmy z chęcią to kupili, a nie uciekali do innego… sklepu.
    Po drugie przemawiający musi chcieć przemawiać i musi mu to sprawiać radość, przyjemność. W ogóle musi być to ktoś kto chce mieć kontakt z ludźmi, a nie taki co w duchu mówi sobie: muszę to przekazać, odwalić ale tak naprawdę to ja nie znoszę do nich mówić i mogliby już sobie pójść albo wcale nie przychodzić. Takie podejście spala go już na starcie. Tutaj mają znaczenie pewne uwarunkowania osobowościowe. Oczywiście odpowiednią postawę można sobie wypracować, ale trzeba mieć jakąś bazę i trzeba tego chcieć, a nie wszyscy mają i chcą. Poza tym są ludzie stworzeni do przemawiania i tacy, którzy nigdy nie powinni znaleźć się na ambonie. Dotyczy to zwłaszcza naukowców pracujących we względnej samotności, którzy spędzili parę dobrych lat przysypani stosami książek. Często ktoś o bardzo ciekawych rzeczach ględzi, do nikogo treść ta nie dociera, część przysypia, część ziewa inni się nudzą i jak w rzymskim teatrze kierują kciuk w dół - niestety, lew się nie pojawia. Ja tu trochę przerysowuję ale chodzi mi o to żeby pewni ludzie nie brali się na siłę do tego do czego nie są stworzeni i nie katowali innych swoimi wystąpieniami.
    Myślę, że są to dwa najważniejsze elementy i jeśli ktoś je weźmie pod uwagę to jego wystąpienie się uda, a reszta (image i inne techniczne szczegóły) jest już mniej ważna i z czasem ją sobie dopracuje. Chyba, że po zapoznaniu się z tym tekstem zrezygnuje z wystąpień publicznych co też będzie z pożytkiem dla potencjalnych słuchaczy.
 

Kiedy Duch walczył z Materią

Jarosław Polak

    Dnia 06.11.97 Duch ponownie starł się z Materią. Wrogość pomiędzy nimi, sięgająca czasów powstania wszechświata, albo jeszcze wcześniej, znów znalazła wyraz w bezpośredniej walce. Obserwowało ją, jak szacują niektórzy, około 400 osób, ale tego nie można z całą pewnością stwierdzić. Wiadomo jednak, że wśród gawiedzi znalazły się głowy zacne, uczone. Zachodziły obawy, że tłum zechce się wzajem pozadeptywać, wszystko skończyło się jednak dla tłumu dobrze. Ilość przybyłych nie daje się w żaden sposób wytłumaczyć. Duży udział w tym miała popularność jaką powszechnie darzy się Ducha i Materię. Nigdy nie widziano takiej ilości ludzi na żadnym z wykładów.
     Pierwsze uderzenie z przyzwolenia moderatora nastąpiło od strony dr Piotra Łaszczycy. Zrazu czaił się on, zwodził przeciwnika utyskując na nieodpowiednie przygotowanie pola walki, jednak w końcu uderzył mocno i celnie. Jednak dr Marek Adamiec był na ten cios doskonale przygotowany. Odparł go lekko, tak jakby nie był on wcale śmiertelnym w istocie pchnięciem i równocześnie kontratakował wyśmienicie, z miną pewną swej szybkiej wygranej. Zaskoczony nieco biegłością rywala dr Łaszczyca powtórzył swój poprzedni manewr, zrozumiawszy jednak w lot błędność tej strategii, zwinnie zmienił krok i precyzyjnie raził konkurenta.
     Zmagania trwały długo, choć przeciwnicy nie dawali po sobie poznać zmęczenia. Jednak ich ciosy, choć nie pozbawione kunsztu, stawały się coraz bardziej lekkie, jakby bez woli zwycięstwa za wszelką cenę, jakby chciały oszczędzić stojącego naprzeciw. Niestety, moderator skupiony na technicznej czystości rywalizacji nie dostrzegł, iż walka zamienia się powoli w drobną sprzeczkę, małe nieporozumienie, łatwe do rozwiązania dla obu stron. A zgubna ta ewolucja ku ujednolicaniu stanowisk trwała nadal. I już dało się słyszeć, jak wpierw jeden, a potem drugi zawodnik wypowiada zdania, które wpierw słyszał od przeciwnika, i które wpierw uznał za wystarczający powód do rzucenia wyzwania. Ciosy stawały się coraz bardziej gestami wyrażającymi chęć pojednania
     Nie to jednak stało się płaszczyzną ostatecznego porozumienia. Przyczyną tą stał się fakt, że każdy z walczących uznał w końcu, że ani jego stanowisko, ani przeciwnika, nie jest warte obrony. Jak zwykle idąc po słusznej linii negującej przemoc, obaj zgodzili się, że prawda leży gdzieś po środku (tu obaj spojrzeli na moderatora, który jednak akurat siedział) i trzeba by jej razem jeszcze kiedyś poszukać. Czy będą szukać i co właściwie będą chcieli znaleźć - nie wiadomo. Wiadomo jednak, że nie zdarzają się często na naszym wydziale spotkania tak bardzo inspirujące, które w dodatku przyciągałyby tak liczne audytorium, o dziwo zainteresowane tym, co poza programem zajęć.
    Wiadomo też, że w starciu tym nikt nie mógł wygrać i jego przebieg musiał mieć taki przebieg. Śpiewa o tym wyraźnie genialny Lech Janerka: "Nie bez histerii Duch walczy z Materią / Nie bez histerii Materię ogarnia chory strach / Lecz co zabawne, to wynik jest wciąż tą samą grą" (Ur).
 

Analiza rysunku wykładowego

Daria Noga

Powszechnie wiadomym jest, iż rysunek wyraża w jakiś sposób człowieka. Analizując czyjś wytwór plastyczny można dojść bardzo głęboko do jego wnętrza. Oczywiście trzeba starać się o coraz większą biegłość w tej materii. Rysunek spontaniczny może powiedzieć o człowieku zdecydowanie najwięcej. Moją ambicją jest wgryźć się troszeczkę w osobowość studencką. Jak to zrobić? - przypatrując się dziełom, które powstają w czasie wykładów. Z mnóstwa dzieł, które do mnie dotarły (każdy student wie jak bardzo w tej dziedzinie można być twórczym) wybrałam najciekawsze.

Rys. 1

Widać tutaj pewną schematyzację, lecz przy głębszym przyjrzeniu się uwidacznia się coraz większa pomysłowość w powtarzaniu tego samego motywu. Student chce wyrwać się z ramek, w które się go wkłada chce być indywidualnością, jest w nim potrzeba nowości, zrobienia czegoś innego, ciekawego. Potrzeba ta narzuca się coraz silniej, aż do zniecierpliwienia i rozdrażnienia, które widać w ostatnim fragmencie rysunku. Czyżby wykład, w którym student uczestniczył, nie odpowiadał na potrzeby tego młodego człowieka?

Rys. 2

Znowu wołanie o urozmaicenie - świadczy o tym wielość zawarta w rysunku. Student jest aktualnie w stanie dezintegracji -  w wyniku tego pojawiają się różne tematy, przeciwne stany emocjonalne: smutek (łzy) i radość. Na początku linia jest rysowana spokojnie. Ostatni element rysunku (gwałtownie pokreślona postać) - pojawiła się agresja. Student potrzebuje stymulacji, dużej ilości różnych bodźców, kompensuje to sobie różnorodnością w rysunku i szybką zmianą stanów emocjonalnych.

Rys. 3

Jest dopracowany w szczegółach, przemyślany, linia rysowana spokojnie (z pewnością powstał na początku wykładu - rysujący miał wiele czasu). Uwidacznia się tutaj zamknięcie, brak wolnej przestrzeni. Rysunek jest mały i ścieśniony. Student czuje się stłamszony, ograniczony, zamknięty w jakimś wąskim kręgu. Ciekawy kształt nadany temu kręgowi świadczy o chęci nadania tej sytuacji jakiegoś dobrego aspektu (i już ocieramy się o mechanizmy obronne).

I co z tego wynika? Jesteśmy trochę zaburzeni.
Przepraszam za niedokładność i powierzchowność tej analizy, ale... pisałam to na wykładzie.
 


Art


Brązowy kosmyk z różową kokardką

Patrycja Gawrońska

     Lustro mignęło zalotnie. Anna wpatrzona w jego srebrną taflę z melancholią przeczesała palcami swe długie, brązowe loki. Pod dotykiem jej dłoni włosy zaczęły mruczeć rozkosznie. Anna westchnęła poirytowana, wszak to nie ona zwykła pieścić te bezmyślne kosmyki. One nic nie rozumieją, nikt nie rozumie!
    Ręce oderwane od rozczarowanej czupryny powędrowały do twarzy, która nie miała nic przeciwko temu. Spod powieki wystawał łebek łzy mającej dyżur tego ranka. Skontrolowawszy sytuację postanowiła podnieść alarm.
 Anna, nieświadoma zamieszania, jakie wywołała opadła na fotel. Przymknęła oczy i zaczęła bujać się lekko (gdyż fotel należał do bujanych).
- Jest mi smutno - skonstatowała. - Jest mi smutno i tęskno.  Łzy zaczęły wypływać równym szeregiem.
- Wtedy była wiosna, pamiętam, wtedy one też wypływały, miałam katar sienny, czy coś. I wtedy On był przy mnie. Resztkami sił wróciła do rzeczywistości w celu wytarcia oczu i nosa, poczym pogrążyła się na powrót we wspomnieniach swej szczęśliwej przeszłości we dwoje.
- Było bardzo ciepło, leżeliśmy na łące wśród polnych kwiatów. Powietrze pachniało balsamicznie i co nieco żywicznie, od gaiku sosnowego. Ptaszki ćwierkały i pszczółki bzyczały specjalnie dla nas. Byliśmy tacy szczęśliwi! On trzymał mnie za rękę, ja patrzyłam mu głęboko w oczy. Nic nie mówiliśmy. Bo cóż moglibyśmy dodać. Potem otworzyłam koszyk z prowiantem, jedliśmy kanapki z jajkiem. Trochę masła zostało mu na nosie, a ja wytarłam je chusteczką.
    On zawsze był taki niezdarny, mój Ciapulek. I tak go kochałam! A potem poszliśmy nad staw, i on wszedł do wody narwać dla mnie lilii, pływały sobie po zielonkawej tafli, jak wielkie złote korony prześwietlone słońcem. Pamiętam, pomyślałam sobie, że to elfy musiały je zgubić podczas nocnych igraszek. I chciałam mu to powiedzieć, ale on właśnie podszedł do mnie i wręczył mi całe ich naręcze. Jego białe spodnie ubłocone do kolan ciaplały o nogi, kiedy leśną dróżką wracaliśmy do domu, a glony skapujące z łodyg brudziły mi sukienkę. To było takie romantyczne!
    A potem on dostał anginy i ja się nim opiekowałam, gotowałam mu grysiki, myłam, przynosiłam basen, biegałam po księdza - on jest taki delikatny i wątły. A potem lilie uschły w wazonie na kominku, chciałam je wyrzucić, ale on nie pozwolił. A teraz odszedł! Pozostały mi tylko te kwiaty uschnięte.
    Druga porcja łez wypłynęła spod powiek, tym razem szczęśliwie dotarła do podbródka - Anna nawet się nie poruszyła zatopiona we wspomnieniach.
- A nasze poranki! Wstawałam wcześniej, żeby przygotować mu śniadanie. Potem On przychodził do kuchni i całował mnie na powitanie. Wtedy odwracałam twarz i nadstawiałam policzek.
    On był jak dziecko, mój kochany, musiałam prowadzić go do łazienki, nakładać pastę na szczoteczkę, podciągać opadające spodnie od pidżamy, prać skarpetki. Byłam mu potrzebna. Teraz nikt mnie nie potrzebuje! Nie mam już po co żyć!
    Pod wpływem nagłego bólu Anna skuliła się w fotelu, mebel zachwiał się niebezpiecznie.
    A kiedy spadłam z fotela i On nakrzyczał na mnie, że jestem niezdarna i przeszkadzam mu w pracy. I miał rację, i tak bardzo Go przepraszałam, a On mi potem wybaczył i był taki kochany, i pozwolił mi nawet obejrzeć film, choć wiem, że go nie lubi. On był zawsze taki dobry dla mnie. I zawsze mogłam mówić innym, że On mnie kocha, i oni mi zazdrościli i myśleli, że jestem taka cudowna. A teraz każdy sobie pomyśli, że jestem do niczego. To już lepiej nie żyć tak dalej.
     Anna ugięła się przytłoczona ogromem bólu i cierpienia. Fotel powoli tracił cierpliwość - znajdował się na skraju wytrzymałości każdego rodzaju. Czarne myśli fruwały naokoło lampy, ogłupiały kot obserwował skomplikowaną trajektorię ich lotu. Miał ochotę machnąć na to łapą, ale obawiał się konsekwencji. Robiło się coraz mroczniej, myśli skupiały się i łączyły w jedną ogromną depresję. I wtedy, kiedy wydawało się, że już wszystko stracone, że tylko schować się do nory i umrzeć, że już zawsze będzie źle, że nigdy nie wyjdzie słońce, że już nigdy nie uda się ciasto bez zakalca, że nigdy nie będzie wiosny i zawsze wszystko będzie szare - właśnie wtedy Anna podniosła głowę. Spojrzała w górę, czarne wirujące strzępki zwolniły zaskoczone, poczym z piskiem zaczęły uciekać przed łapiącą je dłonią.
- Dość - pomyślała Anna i potrząsnęła bojowo czupryną, a kasztanowe loki zadrżały z emocji.
 


Wydział


Są wśród nas

A.n.K

    Godzina 17 00 w budynku uczelni. Korytarze właściwie puste. Za oknem zimno i ciemno. Nic przyjemnego. Brrr! Tutaj, na uczelni, zapalone światło, ciepło, prawie luksus.
    Siedzę sama na korytarzu próbując zabić czas czytając jakąś książkę. Z daleka dochodzą głosy rozmów. Cichną.
W niedługim czasie słyszę kroki. Powoli zbliżają się, mijają mnie, wracają. Nie odrywam oczu od książki, ale kątem oka spostrzegam, że to całkiem przystojny facet. W naszym babińcu nie jest to częste zjawisko.
    Wracam do lektury, tylko że coś mi przeszkadza się skupić. Drżę a cała ławka razem ze mną. Spoglądam na sąsiada - "Boże, to nie możliwe!" - wracam do książki. "Co robić? Jak zareagować? Krzyczeć?" - myśli kłębią się w głowie. Próbując zachować spokój, ukryć drżenie głosu, zwróciłam się do "gościa". Niesamowite, ale poskutkowało! Nie potrafię przytoczyć słów, które wtedy wygłosiłam, ale mój spokojny głos podziałał na niego jak zimny prysznic.
    Wstał, zaczął mnie przepraszać - "Wiesz, ja nie jestem groźny" - usłyszałam na pocieszenie z ust ekshibicjonisty. Usłyszałam jeszcze słowo "przepraszam" - i "gość" szybko zniknął. Uff! Nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło. Dopiero teraz czuję jak szybko bije serce, ręce drżą, a nogi... dobrze, że siedzę. W głowie kłębią się myśli, ale jedna wysuwa się przed pozostałe - jak mogło się to wydarzyć na uczelni, miejscu, o którym cokolwiek by się nie myślało, traktuje się je jako bezpieczne.
    Spotkanie z ekshibicjonistą na wydziale przeraziło mnie. Przez długi okres czasu starałam się nie zostawać sama na uczelni. Bałam się długich, pustych korytarzy. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że nie byłam pierwszą dziewczyną, która zawarła taką znajomość z naszym "gościem". A jakież było moje zaskoczenie, gdy usłyszałam w administracji najpierw słowa zdziwienia i niedowierzania, a później radę, że gdy znowu go zobaczę, to powinnam zgłosić ten fakt do odpowiedniego pokoju. Spotkałam się z bezsilnością i chyba brakiem dobrej woli.
    Postanowiłam sama zadbać o swoje bezpieczeństwo i tak zaczęła się moja krótka przygoda z karate. Co mi to dało - może spróbuję kiedyś o tym napisać, ale teraz wróćmy do "gościa" wydziału.
    Minęło trochę czasu - złość, niechęć, odraza i ludzki strach zaczął powoli przygasać. Przestałam przywiązywać wagę do samotnego spędzania czasu na pustych korytarzach. I po raz kolejny przekonałam się, że uczelnia nie jest najbezpieczniejszym miejscem.
    "Gość" odwiedził naszą uczelnię ponownie i tak się "szczęśliwie" złożyło, że po raz kolejny miałam okazję go spotkać. Tylko, że tym razem nasze spotkanie przebiegało zupełnie inaczej. Dlaczego podjęłam rozmowę z przerażającym mnie człowiekiem? Nie potrafię wytłumaczyć. Mogę jedynie opowiedzieć o tym, co czułam, o wrażeniach z naszej pogawędki.
Kiedy go zobaczyłam, poznałam go natychmiast. Coś ścisnęło mój żołądek - strach? Właściwie rozmowa zaczęła się banalnie od pytania o godzinę, a gdy "gość" zorientował się skąd się znamy próbował przerwać rozmowę. Tak się jednak nie stało. Rozmawialiśmy ze sobą długo, a czas leciał nieubłaganie. Od łatwych, przyjemnych i bezpiecznych tematów przechodziliśmy do coraz trudniejszych. Ciągle nurtowało mnie, dlaczego młody, przystojny i elokwentny człowiek ma problemy ze swoim napięciem seksualnym.  Onanizm był dla niego jedyną formą zaspokajania potrzeb i rozładowywania napięcia seksualnego. O historii zaburzenia nie mówił wiele, raczej skupił się na przekonaniu mnie, że nie jest złym człowiekiem, dewiantem. Sprawiał wrażenie głęboko przeżywającego swoją bezradność i próby leczenia. To chyba było dla mnie największym zaskoczeniem - próba przekonania mnie, że zdaje sobie sprawę z nieprawidłowości takiego zachowania się, ale nie potrafi (nie chce?) z tym nic zrobić.
    Czy mówił prawdę, czy była to z jego strony czysta gra? Nie wiem. Od tamtej pory traktuję zaburzenia seksualne zupełnie inaczej, a i seksuologia zaczęła mnie interesować. Myślę, że po prostu zobaczyłam "ludzką twarz" tzw. zboczeńca. Wszystkie złe uczucia, gdzieś się ulotniły, niedociągnięcia w konsekwencji "ścigania sprawcy" poszły w zapomnienie.
    Opisane przeze mnie wydarzenia miały miejsce dwa lata temu. Dlaczego więc do nich wracam? Ano, dlatego, że nasz wydziałowy "gość" pojawił się znowu na uczelni. Czy  tym samym celu? Myślę, że tłumy studentów, jakie przelewają się ostatnio przez ten budynek mogą go skutecznie odstraszyć. Gdyby się tak jednak nie stało, to chciałabym, żeby wszystkie dziewczyny, zwłaszcza te z pierwszych lat studiów, wiedziały o tym fakcie. Skoro nie możemy liczyć na interwencję ze strony władz, to nie pozostaje nam nic innego, jak liczyć tylko na siebie.
    Koniec chciałabym podzielić się kilkoma radami dla tych, które nie mają ochoty czekać na cud.
Po pierwsze - unikajcie samotnego siedzenia wieczorami na pustych korytarzach wydziału.
Po drugie - jak najrzadziej przebywajcie w oddalonych częściach budynku.
Po trzecie - jeżeli już będziecie miały "przyjemność" spotkać naszego "gościa" - NIE PANIKUJCIE! Opanowany głos jest dużo lepszym środkiem niż krzyk.

Koniowatość konia

Elżbieta Makselon

- "Mój pies przeszedł właśnie desensytyzację pozytywną i nie boi się już odkurzacza".
- "Czy mogłabyś wesprzeć mnie psychicznie; nie chcę zostać posądzona o relatywizm moralny".
- "O, widzę, że id góruje nad ego, a superego w ogóle o tobie zapomniało".
- "Zakomunikuj mi niewerbalnie o swym stanie emocjonalnym....".
To tylko niektóre fragmenty zaczerpnięte z rozmów zasłyszanych na korytarzach PiPS-u. I można by je mnożyć wręcz w nieskończoność.
Gdy przekraczasz pierwszy raz progi naszej uczelni i przechadzasz się wśród tłumów tubylców, to trochę się dziwisz, różnie myślisz ale nade wszystko z ulgą stwierdzasz: "Jakie to szczęście, że mówię normalnie!". Językiem ludu, a nie wybrańców.
Pierwszoroczni sądzą, że używanie specjalistycznego języka psychologicznego to daleka przyszłość. Tymczasem okazuje się, że to bliska teraźniejszość No i już po chwili, sami między sobą (podobnie jak studenci wyższych lat) gaworzą, o przepraszam: prowadzą intelektualne dysputy o...
A może by tak spróbować "odpowiednie dać rzeczy słowo". Byle nie ciągle i wyłącznie językiem nie na sprzedaż.
DOZNAJCIE ZATEM OLŚNIENIA (KTÓRE MOŻE WYKLUJE SIĘ PO DŁUGIEJ FAZIE INKUBACJI) I ADEKWATNIE ZAKOMUNIKUJCIE SOBIE (PODCZAS POPRAWNEJ INTERAKCJI) O ZASTANEJ RZECZYWISTOŚCI. HA, HA - powodzenia!
P.S. Wcale nie twierdzę, że rozmawiam w stylu innym, niż ww. A czasem żal.


Spotkania i Recenzje


"Kobieta bez winy i wstydu" Wojciech Eichelbergera

Patrycja Fojt

    Zainspirowana nieco tajemniczym tytułem książki, która niedawno pojawiła się na naszym rynku wydawniczym, oraz świadoma wielkości jej autora w dziedzinie psychologii postanowiłam po nią sięgnąć.
     Malutka książeczka, o nas - kobietach, ale nie tylko o płeć żeńską w niej chodzi. Rozpoczyna się bowiem od rozważań nad prapoczątkami...
     Jak to naprawdę było, kiedyś w rajskim ogrodzie, gdzie spotkali się Adam i Ewa? I tu właśnie zaczynają się domysły, rozważania o próba odpowiedzi na rozmaite pytania. Podejmuje się tego trudu sam pan Eichelberger. Dlaczego Bóg stworzył dwie przeciwstawne płci? Pytanie z pozoru błahe, a jednak... A jeśli już stworzył, to czym się kierował nadając im taki a nie inny wymiar egzystencjalny? Czy wiemy jakiej płci jest sam Stworzyciel? Czy zdajemy sobie do końca sprawę, że nosimy w sobie aspekty kobiecości i męskości, a one są tak wspaniale komplementarne? Rozważania te, podstawowe, ale jak ważne, pozwalają nam zgłębiać iście tajemną sferę naszego zarania.
     Wreszcie... kto ponosi winę, za dramat pożądania owocu rajskiego? Czy naprawdę winna jest kobieta? Kim jest ona w rzeczywistości, jak kształtował się jej wizerunek przez wieki? Była przecież jednocześnie kusicielką, średniowieczną czarownicą paloną na stosie, kapłanką, świętą syreną, ladacznicą...
     Czym wobec tego jest kobiecość? Jak ją kreować, by mała dziewczynka rosła wolna od poczucia winy, lęku, wstydu? Kto jest za to odpowiedzialny?
     Te wszystkie kontrowersje próbuje autor zanalizować, czyniąc płeć piękną bohaterem swojej podróży w czasie, aż do początków istnienia. Książkę czysta się bardzo dobrze
    Czy warto odkrywać z Eichelbergerem? Tak, ponieważ zawsze warto wzbogacać się o coś czego jeszcze nie wiemy, a jeśli wiemy, to w tym momencie możemy skonfrontować nasze poglądy, myśli i uczucia z odczuciami innych ludzi. Dlatego zachęcam - udajmy się tam, gdzie wyrasta silna i piękna kobieta, uwolniona od tego, czym przez wieki obarczał ją świat; na tyle silna, by poznać prawdę o sobie i uwierzyć w swoją wyjątkowość.
 

Katowickie "Okna"

Anna Borysławska, Patrycja Fojt

     Sobota, późne popołudnie, nieduża sala w budynku Ośrodka Edukacji Kulturowej. Wszystkie miejsca siedzące zajęte, tłumy ludzi na parapetach, podłodze. Każdy czeka i wreszcie... zjawia się sam Wojciech Eichelberger.
     Rozpoczyna się spotkanie pod tytułem: "Kobieta - remedium na chorobę świata". Wszyscy milkną, oczekujemy wprowadzenia w problematykę tak bliską autorowi i nam, skoro się tam znalazłyśmy - i tu pierwsze rozczarowanie. Nie ma wprowadzenia. Pan Eichelberger natychmiast przechodzi do pytań. Od tej chwili spotkanie staje się namiastką psychoterapii dla kilku wybranych szczęśliwców, którzy zdążą zasygnalizować swój problem zanim gość w pośpiechu opuści salę. Nie wiadomo, czy dla samego mistrza? owe pytania wydawały się zbyt głębokie (a może zbyt trywialne?), ale odniosłyśmy wrażenie, że szybko zbywał swoich rozmówców mało jasnymi i mało przejrzystymi odpowiedziami. Nie oznacza to, że gość nie był zaangażowany w rozmowę, jednak sprawiał wrażenie jakby bardziej oczekiwał pytań związanych ze swoją książką pt. "Kobieta bez winy i wstydu", która została niedawno wydana, niż pytań głęboko osobistych, które zdecydowanie przeważały.
     Być może jest tak, że osoba znana nam i popularna dzięki mediom (w tym wypadku program "Okna"), wydaje się nam kimś wszystkowiedzącym. Prawdopodobnie podświadomie oczekiwałyśmy, że to spotkanie rozwieje nasze wszystkie wątpliwości, ale przecież nikt nie jest na tyle doskonały, by wszystko wytłumaczyć i wszystko pojąć. Po spotkaniu miałyśmy dosyć mieszane uczucia, ale absolutnie nie było to zniechęcenie i uraz do głównego bohatera. Przecież nie był w stanie w ciągu dwóch godzin zaspokoić potrzeb wszystkich osób, które się tam znalazły.
     Wyniosłyśmy mimo wszystko wiele, wzbogaciłyśmy się o nowe, niezwykłe spojrzenie na świat, kobietę, sferę uczuć między ludźmi. Pozostały w naszym wnętrzu piękne myśli i przesłania, wiele z nich ma uniwersalną wartość. Jednym z nich chciałyśmy zakończyć nasze rozważnie: "kobieta i mężczyzna spotykają się po to, by się przestać od siebie uzależniać".

Zanussi - majonez czy miód?

Anna Syrek
 
    Miłość do majonezu to jedyna przyjemność z jaką kojarzyłam Krzysztofa Zanussiego. Poza tym, był dla mnie zawsze uosobieniem czegoś, co ziemi brzydziło by się dotknąć. Jego okrągła erudycja, intelektualna błyskotliwość, "świętość" w geście i słowie gładkim, zręcznie dobranym do telewizyjnej audycji czy ostatnio gazetowej stylistyki w "Polityce", może jednak inspirować.
    Zanussi - "majonezowy prymusik". Lubię majonez, prymusików i Zanussiego mniej. Ostatnio media częstują mnie tym, co mniej lubię .
    Czas Zanussiego po czasie Kieślowskiego w polskim kinie - to chyba marzenie reżysera. Póki co, galopem widzowie uciekali od kin które grały "Cwał". Ale ambicje pozostały. W jednej z audycji z udziałem reżysera, toczy się rozmowa na temat polskiego kina. Zanussi tworzy takie wrażenie i takie wygłasza opinie, z których pozostaje nam tylko rozszyfrować jego pseudonim - KRZYSZTOF KIEŚLOWSKI. Szkoda, że na śmierci kolegi Pan Krzysztof chce budować swój i tak ugruntowany obraz REŻYSERA WIELKIEGO.
    Dopiero teraz oglądamy nowelki z morałem w TVP, które mają jakby już znaną z "Dekalogu" atmosferę. Zanussi - metafizyczny i natchniony. Taki jakiego oczekują obecne CZASY. Zawsze najlepszy, zawsze nieskazitelny. Nawet możemy oglądać już obrączkę na jego palcu. Jak twierdzi, jest żonaty wiele, wiele lat, ale trzymał to w tajemnicy. No cóż, takie widać ma hobby.
    Teraz pokazuje się w cieple rodzinnego pieca, który jak się sam chwali, zbudowała mu żona. Widać, że Pan Krzysztof łączy przyjemne z pożytecznym lub raczej pożyteczne z lepiej widzianym.
    Umie się, jak widać, znaleźć w każdej sytuacji, co świadczy o jego intelekcie i sprycie, trochę to śliska postawa... no ale, gdy nad wszystko lubi się majonez...
    Gdy dowiedziałam się o spotkaniu z Zanussim, (zgadnijcie gdzie?) w Kościele Akademickim miałam mieszane odczucia. Iść? Tak, zawsze warto posłuchać mądrzejszych od siebie, nawet gdy ich charakter trochę mnie odrzuca. Nie jestem jeszcze PSYCHOTERAPEUTKĄ - nie muszę być otwarta na klienta.
    Godzina 19.00 - punktualnie wchodzi. Jest niższy i grubszy niż wydawał się być w TV. Wita go tłum, oklaskami i uśmiechem. Sceptycznie zmieniam się w słuch. Ale już po 5 minutach odpływam w słowach, które nie pozwalają się oderwać choćby na chwilę. 30-40 minut mini - wykładu, a raczej refleksji o wierze i "czasach rozumu", o Indiach, o reinkarnacji, Pani Domagalik, a przede wszystkim o przeżywaniu tej wiary w intelektualnej zadumie Pana Krzysztofa. Ciekawa, mądra to zaduma. Zaduma człowieka - erudyty, intelektualisty, bywalca świata.
    Jestem pod wrażeniem. Nie tylko treści, ale taż formy. Autoprezentacja najwyższej klasy, wyczucie tłumu, język powszedni, ale nie banalny, anegdoty i żarty wszystko na najwyższym poziomie. Wyczuwa się tu kulturę i taką dziwną rzecz, której wszędzie szukam, ale jakże rzadko spotykam, TEN CZŁOWIEK MA COŚ DO POWIEDZENIA I UMIE TO PRZEKAZAĆ. Mogę go nie lubić, ale zmusza mnie do wysłuchania tego, co chce powiedzieć. To jego sukces, wielki sukces. My, przyszli psychologowie, powinniśmy uczyć się, uczyć aby potrafić odnieść taki sukces.
    Może zbyt się zachwyciłam tym spotkaniem, bo przyszłam na nie wprost z dusznego, cedzącego słowa, mamroczącego w kółko to samo Eichelberga. Może przez to porównanie:
Psychologa z Filozofem
Psychoterapeuty z Reżyserem
Nudziarza z Erudytą
Wiem jedno, Zanussi był jak MIÓD na serce.

Powrót na stronę główną
 
Powtót na stronę główną