Gazeta Studentów Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego

 Ponad-To
 
Hipnotyzer

 Listopad 1997 Nr 1 (1)

 

    Nadszedł czas, aby Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego  miał własne pismo studenckie. Po co? W gruncie rzeczy po nic. Albo inaczej: po to, by ta część studentów naszego Wydziału, która nie dała się pożreć panującej atmosferze bierności i nudy, mających poza troską o swoją średnią jeszcze parę ciekawych pomysłów, mogła podzielić się nimi z innymi. Czy warto? Trzeba odpowiedzieć sobie na to pytanie samemu. Naszym zdaniem twórczość w jakiejkolwiek postaci jest czynem, który zawsze warto podjąć. Mamy nadzieję, że nie jesteśmy w tym sądzie osamotnieni. Zapraszamy i życzymy miłej lektury!


 
Psychologia  Wydział Art Spotkania i Recenzje
Co to jest psychologia  
Jarosław Polak  

Za kulisami logosu  
Joanna Kasza  

Tam i z powrotem...   
Małgorzata Łodej  

Typologie nie są takie złe   
Daria Noga 

Egzamin egzaminatora   
As Vice
Doktor Piotr   
Jarosław Polak  
  
Requiem dla...   
Anna Syrek 
Coś tam o czymś tam   
Elżbieta Makselon
 
 

Psychologia


Co to jest psychologia?

Jarosław Polak

     Od kilku lat studiuję psychologię, a zupełnie niedawno zorientowałem się, że właściwie nie wiem co studiuję, bo w gruncie rzeczy nie wiem, czym jest psychologia. Z pierwszego roku pozostały mi w głowie resztki dziwnych definicji, ale okazały się bezużyteczne. Zauważyłem także, że bardzo wielu studentów uważa, że psychologia jest to to, co studiują. Jest to bardzo zdroworozsądkowe i uczciwe podejście. Spotkałem się także z takim określeniem, które widzi psychologię jako całkiem niezły sposób zarabiania pieniędzy. Jednak oba te określenia nie zadowoliły mnie, ze względu na zbyt ubogą treść, postanowiłem więc sam odpowiedzieć sobie na pytanie: co to jest psychologia? Zapisem prób w tym zakresie jest poniższy artykuł. Zdaję sobie sprawę z wielu niedociągnięć, nadużyć, albo błędów zawartych w poniższym tekście, chcę jednak zastrzec, że jest to owoc refleksji uchwyconej na gorąco, a zatem w stanie rozwoju. Zdaję sobie także sprawę z mojego długu wobec wielu badaczy i myślicieli, których głos pobrzmiewać będzie tutaj gdzieniegdzie, ale nie idzie mi o oryginalność, a oni zapewne nie będą mieli mi tego za złe. Czerpałem obficie, także z tego, co działo się na niektórych zajęciach.
     Psychologia w moim rozumieniu jest wiedzą pozwalającą na eliminację cierpienia człowieka spowodowanego dolegliwościami natury psychicznej poprzez przywrócenie i utrzymanie wewnętrznej harmonii i pogody ducha. Te dwa warunki (pozytywny i negatywny) są podstawą tzw. życia szczęśliwego. Zatem w najogólniejszym ujęciu psychologia i jej adepci powinna służyć ludzkiemu szczęściu. Działalność psychologa jest udzielaniem pomocy ludziom tego potrzebującym w ukazaniu przyczyn i źródeł ich cierpienia, zarówno tych wewnętrznych jak i zewnętrznych oraz w ich usunięciu, przezwyciężeniu lub zdrowej akceptacji.
     Nie można do końca i w sposób konkretny określić czym jest szczęście. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że szczęście to zupełnie coś innego niż to, co na ten temat myślimy my. Wydaje się jednak, że można w sposób ogólny scharakteryzować warunki jakie muszą być spełnione, aby móc doświadczyć szczęścia. Jest to po pierwsze spełnienie minimum biologicznego, wyrażającego się w odpowiednich wartościach pewnych współczynników charakteryzujących nasze otoczenie, oraz zaspokojenie potrzeb fizjologicznych (takich jak głód, sen). Po drugie, jest to poczucie wewnętrznej jedności i harmonii ducha. Wynika to z ogólnej reguły, że wszelkie życie posiada organizującą je zasadę, także życie psychiczne, czy duchowe. Życie zawsze może być pojmowane tak, jakby było celowe. Zanik lub utrata zasady oznacza rozpad, chorobę i śmierć.
     W osiągnięciu szczęścia przeszkadza człowiekowi bardzo wiele spraw, z których żadna jednak nie jest na tyle trwała i nieprzezwyciężalna by nie dało się jej usunąć. Prawdziwą siła tych przeszkód jest to, że pozostają niedostrzeżone. Tak bardzo jesteśmy do nich przyzwyczajeni od dzieciństwa, że wydają nam się nieodłącznym elementem naszego świata.
     Najłatwiej zauważalną przeszkodą jest przedrefleksyjna akceptacja istniejących w umyśle sprzeczności, czyli inaczej konfliktów. Właśnie zburzenie jednolitości struktury jaką stanowi sprawnie funkcjonujący "mechanizm psychiczny" jest przyczyną niemożliwości doświadczenia szczęścia. Na podstawie prostej obserwacji siebie podczas przeżywania szczęścia zauważyć można, że nie wyróżnia się wtedy elementów swojej osoby, tak jak ma to miejsce w stanach nieszczęścia, kiedy jesteśmy w stanie dokładnie wskazać tę część siebie, która jest jego przyczyną. Ta wewnętrzna integracja idzie nawet znacznie dalej, wykracza poza nas, w świat otaczający. Przyjmuje to postać odczucia, że jesteśmy elementem jakiejś większej całości, społeczeństwa, kosmosu. Zupełnie inaczej jest, gdy coś nam dolega. Wszystko przyjmuje redy jasno spolaryzowaną postać: ja - świat.
     Zatem warunkiem szczęścia jest swego rodzaju jedność, którą wyżej scharakteryzowałem poprzez odwołanie się do intuicji. Szczęście jako naturalny cel większości ludzi jest wartością, którą należy zdobywać i chronić. Trzeba wiedzieć jednak jak to robić. Psychologia powinna
     Nie każdy jest zdolny do tego by samemu ustalić przyczyny własnej nieszczęśliwości. Konieczny jest do tego pewien wgląd w siebie, a tego nigdzie nie uczą, a czasem wręcz oduczają. Dlatego potrzebny jest ktoś, kto dysponuje wiedzą i doświadczeniem w zakresie wyszukiwania szczelin i pomocy w scalaniu elementów pękniętej duszy. Od dzieciństwa uczy się nas jak dbać o własne ciało. Psychologia ma uczyć dbać o swojego ducha.
     Zasadą scalającą może być dokładnie wszystko, od przedmiotów materialnych, aż po tzw. wartości duchowe. Zgodnie z tym, nie jest prawdą powiedzenie - "pieniądze szczęścia nie dają" - natomiast prawdą jest, że dają szczęście dość nietrwałe, ponieważ pieniądze, jak wszelkie materialne dobra, są bardzo nietrwałe. Wyjąwszy przypadki zła, nie jest ważne, co jest przedmiotem naszego dążenia w życiu, co jest scalającym nasze życie celem. Ważne w jaki sposób nim jest. Czy nie pozostaje w konflikcie z innymi celami, czy możliwe jest w jego realizacji działanie długoterminowe, czy w rzeczywistości jest tym, czym się nam jawi? Ważne jest to, aby zasada ta została odszukana w sobie, w głębi swojej duszy. Nie może być ona narzucona z zewnątrz, bo skutki tego mogą być opłakane. Wraz z jej wykryciem wewnątrz siebie, pojawia się spontaniczna chęć jej realizacji. Jest to jeden z aspektów woli.
     Zmierzam tu do wskazania, że systemem porządkującym priorytety w polu naszego działania są normy moralne. Jakkolwiek działając zawsze wybieramy, a każdy nasz wybór, przynajmniej potencjalnie, jest wyborem moralnym.
     Czy istnieje zatem jakiś system norm moralnych, którego spełnianie w sposób niezawodny doprowadzi do szczęścia? Oczywiście nie. Również nieprawdą jest, że każdy system norm moralnych jest dobry z interesującego mnie tutaj punktu widzenia. Są systemy zawierające sprzeczności, będąc konfliktogennymi. Wydaje się jednak, że dla naszego kręgu kulturowego takim najprostszym i zarazem najogólniejszym systemem jest ten, który opiera się na zasadzie miłości bliźniego.
     Działanie na rzecz szczęścia innych ludzi jest zarazem doskonałym kryterium pozwalającym oddzielić psychologię od różnego rodzaju psychotechnik, socjotechnik, sztuki manipulowania i kłamstwa. Człowiek w psychologii musi zawsze być podmiotem działania, nigdy zaś jego przedmiotem.
     Ujmując wszystko, co powiedziane powyżej syntetycznie stwierdzam, że według mnie psychologia jest wiedzą o tym, co to jest szczęście, jakie są jego warunki i sposoby jego osiągania, oraz działaniem mającym na celu wprowadzaniem tej wiedzy w życie ludzi. Pozwala to na określenie ciekawego obszaru badań nad tym, co czyni człowieka szczęśliwym, jak możliwe jest do osiągnięcia szczęście i czym jest szczęście z psychologicznego punktu widzenia.

 Za kulisami logosu - czyli, jak naprawdę wybieraliśmy?

Joanna Kasza

     Elegancko ubrany polityk, z życzliwym całemu światu uśmiechem na ustach, często w otoczeniu rodziny - a na plakatach w sąsiedztwie błyskotliwych haseł, czy idyllicznych postulatów wyborczych - ten obrazek był nam znany z ekranu telewizyjnego, czy ze słupa reklamowego aż do 21 września - dnia wyborów.
     Dziś znamy zwycięzców i pokonanych. Wyborcza gorączka spadła. My zaś niezależnie od zapadłych decyzji uważamy się za osoby rozsądne, które nie zwracały uwagi na drobne szczegóły politycznego image`u; kierujące się w wyborach logiką postulatów. Jednak nie do końca zdajemy sobie sprawę, że nasz logos podobny jest do kurtyny oddzielającej teatralną scenę od tajemniczej garderoby. A tam przecież dzieje się najwięcej i do tej tajemniczej sfery podświadomości kierowanych jest najwięcej przesłań. Czym więc kierujemy się podejmując decyzję - oprócz rozsądku? Jaki musi być zatem idealny wizerunek polityka - by miał szansę wygrać wybory? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć.
     Atrakcyjność - to niewątpliwie atut polityka - gdyż "jak cię widzą wyborcy, tak cię piszą". Nienaganny elegancki ubiór staje się koniecznością. Wielu kandydatów idzie nawet krok dalej - przed wyborami stosuje wysokobiałkową dietę, która w krótkim czasie pozwala zrzucić zbędne kilogramy. Dzieje się tak dlatego, że w umysłach wielu ludzi - od dzieciństwa funkcjonuje przekonanie, że to co piękne jest zarazem dobre. W czytanych wtedy bajkach dobre wróżki i królewny zawsze były piękne; natomiast złe czarownice - odrażające. Stąd pochodzą te nielogiczne atrybucje.
     Wiarygodność i kompetencje - tych przymiotów kandydatów do parlamentu z pewnością nie pominiemy. Informacje o nich zawarte są często w tytułach naukowych, stanowisku, na które przecież bardzo zwracamy uwagę. Również odpowiedni dobór słów przekona nas o oczytaniu, elokwencji.
     Podobieństwo do nas - będzie miało również duży wpływ i to w wielu aspektach. To czy ma rodzinę; czy jest młody, czy jest emerytem; ile ma lat; czy mówi o naszych sprawach; czy jest reprezentantem naszego zawodu - to niektóre z nich. Stąd często politycy "stylizują się na elektorat" - jaki stawiają na szali swego zwycięstwa - pokazując się bądź w otoczeniu rodziny, w gronie roześmianej młodzieży, czy zatroskanych emerytów - pokazując tym samym - jestem z was... jestem z wami.
     W kwestii statusu zawodowego - sprawa jest złożona - wiele osób głosuje na kandydata o statusie do jakiego aspiruje, lub jaki zawsze budził ich uznanie i szacunek. Być może dlatego osoby starsze często głosują na nauczycieli czy lekarzy.
     Bardzo ważną, a nawet najważniejszą kwestią jest kwestia języka, którym posługuje się kandydat na posła czy senatora. Logika postulatów jest tu tylko jedną stroną monety, bo czasami nie jest ważne co się powie, ale jak się to powie.
     Ładunek emocjonalny - oczywiście wszystko zależy od intelektualnej ogłady audytorium - silniej oddziaływuje niż logiczny; stąd często politycy grają na emocjach hasłami typu: "Zasługujesz na więcej"; "To ci się należy"; "Zapracowałeś na spokojną starość" itd. Często powołują się też na uczucia wyższe - miłość, przyjaźń - czy najcenniejsze wartości: rodzina, wolność, zdrowie, życie.
     Najbliżsi i zabezpieczenie ich spokojnej egzystencji jest dla wszystkich ludzi jednym z zasadniczych punktów w planie życia. Dlatego jeden z wyborczych chwytów głosi: "jeśli chcesz przekonać wyborcę, powołaj się na jego rodzinę; najbliższym się przecież nie odmawia - a już zwłaszcza głosu na przychylnego im kandydata". Na politykę rodzinną stawiał Blok dla Polski i z pewnością wygrałby, gdyby miał większą siłę przebicia, a jego postulaty nie pokrywały się z hasłami, na które stawiali liczniejsi kontrkandydaci. Z wyżej wymienionego powodu partie bardzo często licytowały się na kwestie dotyczące służby zdrowia, aborcji czy wolności kobiet. Po wyborach można więc pokusić się o sporządzenie listy najcenniejszych wartości dla Polaków - kierując się miejscami partii w sejmie.
     Okazuje się, że idee Solidarności są wiecznie żywe. Pokazywanie tego co się straci przed tym co się zyska - jest więc skuteczne. Gdy adresatem przesłania jest elektorat wykształcony moc emocji może jednak nie wystarczyć. Wyliczenia, analizy, a nawet prezentacja konkretnego modelu przekształceń musi uzupełnić polityczne slogany. Dlatego bardzo domagali się ich dziennikarze, a zwłaszcza pani Barbara Czajkowska w programie - "Kandydaci w Dwójce". Wiadomo również, że osobisty przykład bardziej oddziaływuje na wyborcę niż same dane. Warto więc wpleść w postulaty dla wyborcy - wyborcę np. pokazując na modelu Jana Kowalskiego - przeciętnego Polaka ich realizację; czym dla niego się ona zakończy. Optymalny byłby więc wyborczy koktajl językowy łączący szczyptę rozsądku ze sporą dozą emocji i doprawiony... cząstką osobowości wyborcy. Chlebem powszednim kandydata są przecież nie tylko prezentacje, ale i konfrontacje z kontrkandydatami. Jakiego doboru słownictwa życzy sobie w takim związku wyborca? Odpowiedź nasuwa się sama - świadczącego o kulturze politycznej, szacunku dla partnera. Ideałem jest polityk - dobry koalicjant - grający fair - a nie "buntownik bez powodu". Przecież tam, gdzie kandyduje najbardziej liczy się umiejętność współpracy, która jest niezbędna do zawierania kompromisów politycznych. Kandydat, który przekona o tej cesze wyborców - zyska poparcie. Przystoi mu bowiem wtedy zachowanie rozsądne i argumenty mierzące w postulaty programu - a nie w osobę drugiego kandydata.
     Można wykazać zbieżności i różnice, a nawet chwalić pomysły partii przeciwnika - ciekawe i oryginalne rozwiązania. Tym samym kandydat przekonuje, że chodzi mu o coś więcej niż własny interes. Jak piszą Mariusz Janicki i Wiesław Władyka w "Polityce": "Nagła pochwała dla przeciwnika to sprytny instrument socjotechniczny, zwłaszcza, jeśli zupełnie nie widać, jakie korzyści mogłaby przynieść taka pochwała temu, który ją wygłasza. Polscy politycy jednak bardzo rzadko korzystają z tego sposobu zdobycia wyborczej sympatii. Przeciwnie - z ponurą konsekwencją starają się podtrzymać swój nader często kiepski bądź wręcz fatalny image w przekonaniu, że walka o jego utrzymanie jest kwestią życia lub śmierci politycznej. A czasami jedno jest jasne, błyskotliwe i przyjazne światu zdanie mogłoby w ich politycznej karierze zmienić więcej niż sto tajnych, partyjnych narad".
     Oczywiście sam kandydat - chociaż wykształcony i z prezencją nie zawsze skutecznie oddziaływuje na wyborców. Istotne staje się również to, kto go wspiera w myśl zasady "z jakim przestajesz, takim się stajesz". Oczywiście zazwyczaj patrzymy na niego przez pryzmat partii, z ramienia której występuje. Czasem jednak niezbędne staje się poparcie osób spoza jej szeregów - np. pewnej osoby będącej dla innych ludzi autorytetem w jakiejś dziedzinie. W tym celu członkowie sztabu wyborczego kandydata na prezydenta USA wcześniej organizują wywiad, kto się liczy w dobrym środowisku, by podczas mityngu, na oczach rzesz wyborczych przyszły prezydent mógł uścisnąć mu dłoń, na co dana osoba z pewnością miło zareaguje - i o to chodzi. Dlatego również do wielu ulotek dołączona jest swego rodzaju "opinia o pozytywnym wydźwięku" - znanej osobistości o kandydacie.
     Rodzi się tylko pytanie: o czyje poparcie zabiegać? Wiadomo, że każda partia ma aspiracje, którym chce sprostać, czy swój wizerunek z jakim chce być utożsamiona, jak i ten, przed którym się broni. Czasem jednak - za sprawą stereotypowego spojrzenia wyborców - ten negatywny jej obraz staje się obiegową etykietką. Bo czy PSL - kojarzy się z partią intelektualistów, SLD z gorliwymi katolikami? Stereotyp jest silniejszy - to czarne okulary blokujące pełną wizję. Tu bronią może być również poparcie autorytetu z "dziedziny aspiracji". Cóż więc by było, gdyby PSL poparł dziekan sławnego uniwersytetu, a SLD - kardynał czy prymas?
     Autorytet to broń przeciw propagandzie konkurentów. Dająca wsparcie osoba - nie zawsze musi być autorytetem poważanym i szanowanym. Może to być po prostu osoba znana i lubiana przez wyborcze kręgi na jakie stawia kandydat. Załóżmy przykładowo, że dana partia - y - liczy na poparcie młodzieży, gdyż pewne punkty programu zahaczają o jej interesy. Gdyby więc pod tymi hasłami podpisała się np. Edyta Bartosiewicz czy Agnieszka Chylińska? Byłby to chwyt dla pozyskania młodych wyborców. Cała sztuka polega na tym, by umiejętnie wyszukać i przekonać osoby, które nasze grono wyborcze darzy sympatią.
     Z tym zagadnieniem wiąże się ostatnia i najważniejsza kwestia wybór priorytetowej grupy docelowej. Kampania wyborcza jest przecież swego rodzaju kampanią reklamową. - tyle, że reklamowanym "produktem" jest osoba kandydata na posła czy senatora. Jedna z zasad reklamy głosi - jeśli masz produkt dla wszystkich, nie masz dla nikogo. Oczywiście wyborcze credo musi uwzględniać interesy całego narodu - ale "naród" to słowo ogólne - a do urny idzie konkretny wyborca, który w danym programie musi znaleźć siebie. Klasycznym politycznym haczykiem jest "urabianie elektoratu" z najbardziej potrzebujących lub poszkodowanych - przez obietnice. W tej kampanii takimi sektorami docelowymi byli powodzianie, emeryci, pracownicy sfery budżetowej, górnicy. Strategia ta przynosi efekty w postaci poparcia, ale tylko, gdy hasła te nie dublują się na plakatach innych kandydujących partii. Stąd elektorat ulega rozbiciu - wygrywa ten kto jest wiarygodny i obiecuje najwięcej.
     Zamiast licytacji można wybrać inną metodę zdobycia wyborców w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi, czyli uwypuklić w swoim programie interesy grupy społecznej, o której nie pomyślał prawie żaden z innych kandydatów. Obietnicą jest zebranie głosów całego elektoratu z tej grupy. Można pomyśleć o młodzieży licealnej (nowe pro uczniowskie metody nauki), kobietach pracujących - buisnesswoman... itp. Wtedy program staje się bardziej konkretny i oryginalny.
     Teraz, gdy weszliśmy już za kulisy logosu, możemy już rozpoznać mechanizmy, które rządziły nami w chwili podejmowania decyzji. Czy działały na naszą szkodę czy pożytek? To już zależy od tego komu pomogły i tego, komu zaszkodziły w wyborach do parlamentu we wrześniu 1997 roku.

Tam i z powrotem, czyli jak to bywa w szpitalu psychiatrycznym

Małgorzata Łodej

      Tysiące myśli kłębi się w głowie, gdy myślę o tym miejscu. Trudno wybrać tą, która miałaby rozpocząć opowieść. Bo tam przecież i do śmiechu i do płaczu. Dochodzą do tego jeszcze mity krążące o placówkach tego typu. To trzeba zobaczyć samemu.
     Do Lublińca przyjechałam, by odbyć praktykę śródroczną. Na teren szpitala wkroczyłam dość niepewnym krokiem, pełna obaw i właściwie przygotowana na wszystko. No cóż, widok faktycznie mógł wzbudzać uczucia potwierdzające potocznie krążące opinie; ogromny teren, duże, zaniedbane, szczelnie okratowane budynki. Tak więc wszystko przybierało postać mroczną i  tajemniczą, a tym samym było bardzo dla mnie pociągające. Do rzeczywistości szybko przywróciło mnie wkroczenie do budynku administracji.  Aby załatwić formalności związane z praktyką i zakwaterowaniem, musiałam się nieźle nabiegać, w celu załatwiania na przykład zgody na jakąś tam zgodę. Niczym kafkowski absurd. Można to wszystko było jednak przeżyć, mając w perspektywie paręnaście dni w tym miejscu, a uśmiech i sympatia ludzi z którymi się zetknęłam, dodał mi niezbędnej motywacji przy tej całej bieganinie.
     Nie mogę oprzeć się pokusie, aby napisać jeszcze o miejscu w którym mieszkałam. Był to położony około 200 m od terenu szpitala, internat dla pielęgniarek. Niestety dość smutny to fakt, że studenckie akademiki są niemalże luksusowymi hotelami w porównaniu z tym budynkiem, choć mieszkają tu często ludzie z całymi rodzinami. Mniej więcej wygląda to tak: na górnym piętrze mieszkają wojskowi, na dole młode pielęgniarki, a po środku rodziny z dziećmi, lub samotne matki. Starałam się spędzać w tym miejscu jak najmniej czasu, bo działało ono na mnie przytłaczająco. Gdy chciałam zebrać myśli, uniemożliwiały mi to, niczemu winne, dzieci, które tłumnie i szumnie bawiły się na korytarzu.
     Praktykę odbywałam  na Oddziale Rehabilitacji, tam też spędziłam najwięcej czasu. Starałam się jednak  być wszędzie, gdzie jest to możliwe, na terenie szpitala. Wyżej wymieniony oddział jest stosunkowo młodym, ale prężnie funkcjonującym. Pobyt tam pozwolił mi wiele rzeczy zobaczyć i zrozumieć. Przekonał mnie, że ludzie, przez swą chorobę zostają, w większości przypadków wyłączeni z normalnego życia w społeczeństwie. Najczęściej dzieje się to przy udziale wadliwie funkcjonującej opieki rodzinnej, czy poprzez długoletnią, wielorazową hospitalizację. Chorzy ci potrzebują wsparcia, zrozumienia i swego rodzaju reedukacji umiejętności, które choroba doprowadziła do zdeformowania, lub nawet zaniku. Mnóstwo rzeczy, dziejących się na Oddziale ma znaczenie terapeutyczne. Codzienne zebrania społeczności, czy zajęcia terapeutyczne, nierzadko zamieniają się w istne pola bitwy, to o papierosy, to o śpiewanie piosenek disco polo przez jakiegoś pacjenta, lub o to, że ktoś tam jest niemiły, a pani Joli i Kasi bardzo to przeszkadza. Właśnie w takich sytuacjach chorzy mogą zrozumieć, że nie są sami, że pewne problemy można przedyskutować z innymi, bo oni też mają smutki i troski, potrafią wiele rzeczy zrozumieć. Najważniejszą rzeczą, której uczą się pacjenci jest branie odpowiedzialności za siebie, oraz podejmowanie decyzji. Na przykład, gdy do kierownika oddziału przychodzi pan Tomek i drżącym głosem pyta się: "Czy mogę pojechać na niedzielę do rodziny?", psycholog odpowiada: "Nie wiem czy Pan może?". Chodzi bowiem o to, czy pan Tomek tego chce. Tu właśnie jest miejsce na samodzielne podjęcie decyzji. Charakterystyczną i bardzo pozytywną rzeczą jest to, że we wszystkie zajęcia zaangażowany jest niemal cały personel oddziału, dzięki czemu panuje tam  prawie rodzinna atmosfera. Ma to często istotny wpływ na nastrój wielu pacjentów. Kolejną zaletą tego oddziału jest dość mała ilość chorych, dzięki czemu zdążyłam ich wszystkich poznać, a z niektórymi nawet zawrzeć bliższą znajomość. Rozmawiać można, na tysiące tematów, bez fałszu, wysilania się na oryginalność, czy tego typu, psujących relację czynników. Są szczerzy, pozytywnie nastawieni, choć zdarzało się im czasem być lekko podejrzliwymi. Wiedziałam jednak, że wchodząc codziennie rano do ich ulubionego miejsca, czyli palarni, sprawię im swoją obecnością przyjemność.
     Pewnego dnia na zajęcia terapeutyczne przyszło parę osób z innych oddziałów.  Siedziałam koło mocno tlenionej blondyny, z zamyślenia wyrwało mnie jej zaskakujące pytanie na co się leczę. Musiałam się grubo tłumaczyć i klarować kim jestem i co tu robię. Na co blondyna ucieszona i poruszona zapytała patrząc mi prosto w oczy i nastawiając się jak modelka do zdjęcia: "No to co mi jest.... i na ile wyglądam?". Uniknięcie odpowiedzi na to pytanie w czasie dalszej rozmowy kosztowało mnie dość sporo wysiłku intelektualnego.
     Moją uwagę zwróciły często pojawiające się informacje o złym traktowaniu pacjentów przez personel. Najczęściej chodziło o słynne wiązanie w pasy. To jest dla mnie sprawą zrozumiałą, że pacjent z silnymi objawami pozytywnymi, może zachowywać się w sposób wręcz niebezpieczny dla siebie i otoczenia, ale nie potrafię wytłumaczyć sobie, dlaczego pan Franek, w czasie pobytu na którymś z oddziałów przyjęciowych stracił zęba, a pan Józek ma złamaną szczękę. Osobiście spotkałam się z miłym i sympatycznym personelem, ale wysłuchałam też wiele skarg pacjentów. Prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
     W celu rozprostowania kości, udawałam się do czynnego codziennie dla pacjentów klubu, o wiele mówiącej nazwie Pigułka Relaksu. Tam oddawałam się zaciekłej grze w "ping-ponga". Atmosfera w klubie często przypominała klimaty wiejsko-remizowo-weselne i to jeszcze z poprzedniej epoki. Bywały jednak dni, kiedy w salach klubu przestawało być sennie. Można było wtedy usłyszeć poruszone i barwne głosy dyskutujących, ciekawą, skoczną muzykę. Kiedyś nawet natrafiłam na zupełnie spontaniczny recital fortepianowy, w wykonaniu pani Basi, kobiety która żadnej pracy się nie boi. Na samym początku była nauczycielką muzyki w przedszkolu, później robiła jeszcze wiele innych rzeczy, obecnie zajmuje się dystrybucją "pysznego, wielowitaminowego koktajlu na odchudzanie". Teraz prawdopodobnie ma chętkę na stanowisko terapeuty w grupie, bo temu właściwemu nie pozwala dojść do głosu. Zobaczyłam jeszcze parę innych ciekawych miejsc. Na przykład pachnący moczem i starością oddział geriatryczny, oddział psychoterapii nerwic. Mile zaskoczyło mnie to, że na tych oddziałach króluje psychologia i psycholog. Chyba nie muszę dodawać, że jest to dobra wiadomość dla przyszłego psychologa klinicysty. Każda taka wizyta wywoływała burzę myśli i pytań w mojej głowie np. gdzie widziałabym siebie, co jest trudne, a co łatwe, czy można wyleczyć, czy  nie, co można zmienić, aby było lepiej, no i kto tu jest ważniejszy: psychiatra, czy psycholog? Wiadomo jak to bywa z pytaniami tego typu... Jednak wielu rzeczy się dowiedziałam, wiele zobaczyłam na własne oczy. Jako przyszły psycholog już więcej, niż mniej wiem, co konkretnie chciałabym robić w przyszłości, a czego nie.
       Minęło już sporo czasu, ale do tej pory często myślę o Kasi, która tak bardzo tęskniła  za swoją córeczką, Anecie z którą mi się tak dobrze rozmawiało, o panu Andrzeju, który zawsze był taki bardzo smutny, jak "na wolności" radzi sobie pan Antek? I ile jeszcze razy ci ludzie będą przekraczać bramy szpitala psychiatrycznego?

Typologie nie są takie złe

Daria Noga

     Nuttin w książce "Struktura osobowości" ujmuje cel typologii następująco: typologie mają na celu wykazanie, że funkcjonowanie psychiczne jest zdominowane przez tę czy inną własność podstawową wyrażającą się często w formie dwubiegunowej. Wielu ludzi od razu przekreśla tę metodę bez wysiłku zastanowienia się nad nią głębiej i zwrócenia uwagi na to, jak jest ona wszechobecną. Bo przecież jak można wziąć jakąś cechę, przedstawić ją w formie dwubiegunowej (czy nawet dokładniej) i beztrosko dzielić ludzi, szufladkować, np. pracowity - leniwy, z poczuciem humoru - bez poczucia humoru itd.? Przecież to niedopuszczalne.
     Niestety, argumenty przemawiające na niekorzyść typologii są zwykle tylko argumentami emocjonalnymi. Warto jednak zapanować nad tym rozemocjonowaniem i pomyśleć, czy typologie mają tylko negatywne strony.
     Nieprzecenioną metodą wartości typologicznej jest jej porządkujący charakter. Gdyby nie było podziałów ludzi, zgubilibyśmy się w chaosie indywidualności, nie byłoby żadnych prawideł. Nie chcąc nikomu robić krzywdy szufladkowaniem, musielibyśmy zrezygnować z jakiejkolwiek - choćby powierzchownej i ogólnej wiedzy o człowieku, jaką można zdobyć przyjmując metodę typologiczną.
     Rezygnacja z jakichkolwiek podziałów jest zupełnie niemożliwa. Tacy już jesteśmy, że lubimy sobie porządkować nasz świat przyjmując różnego rodzaju typologie. Każdy z nas dzieli w jakiś sposób ludzi, mimo iż pewnie niektórzy bardzo się przed świadomością tego bronią.
     Jednak dobrodziejstwa tej metody ukażą się w pełni, gdy nie będzie ona wykorzystywana w sposób sztywny i bezkrytyczny. Trzeba zauważyć, że nie każda sytuacja jest odpowiednia do wykorzystania metody typologii oraz (to jest niezwykle istotne) zrozumieć pojęcie typu ujmowania w tej metodzie. Otóż typ jest tutaj ujmowany jako wzór, idealny przypadek, który stanowi punkt odniesienia dla oceny, w jakim stopniu dany człowiek jest zbliżony do konkretnego typu. Wśród ludzi nie istnieje czysty typ.
     To, że typologii często używa się bezkrytycznie, jest z pewnością w dużej mierze przyczyną powszechnej niechęci do tej metody. Lecz trzeba zauważyć, że wina leży tutaj nie w samej metodzie, lecz w braku umiejętności twórczego, elastycznego myślenia.


Wydział


Egzamin egzaminatora?

As Vice

     PiP`s - mały punkcik na uniwersyteckiej mapie. Kupę dziewczyn, kilku niedookreślonych samców i kilku prawdziwych mężczyzn. Dwa kierunki, dwa sposoby przeżycia tych pięciu lat. Wiele animozji (ach, ta zarozumiała psychologia!), trochę przyjaźni (dwa kierunki na raz, cóż za szpan!), jeden klub (mało imprez!) i zwykłe gorączkowe życie studenckie... Od sesji do sesji - od jednego belfra do drugiego, kilka sympatii, więcej rozczarowań... Szeptem, a czasem nawet krzykiem wymieniane uwagi o tym, albo o tamtej: "Co ten facet tu robi, jak on może w ogóle kogoś uczyć?!", "Ta kobieta powinna w przedszkolu dostać etat!", "Ten człowiek powinien książki pisać, on w ogóle nie umie mówić po ludzku!", "Ach znowu ten wykład, trudno, trzeba ją przeżyć". Czasem przez głowę przejdzie histeryczna myśl: "Gdzie ja jestem, czy to jest w ogóle uczelnia wyższa?". Klniemy pod nosem i z przyklejonym uśmiechem podstawiamy indeksy.
     I nagle nadszedł dzień, kiedy nam osłupiałym zostały wręczone ankiety... Wreszcie! - pomyślałam - ktoś raczył zwrócić uwagę na naszą opinię... Ktoś zrozumiał, że Nauczyciel nauczycielowi nierówny, a skutki tego dotykają naszych nerwów, głów i indeksów... Miałam nadzieję, że od mojego zdania też będzie coś zależeć... Niestety. Przyszło nam zmierzyć się z dwulicowością naszych "autorytetów". Owszem - ankiety - proszę bardzo. Można ocenić przedmiot i wykładowcę, można przyznawać nawet punkty, anonimowość zapewniona... Ale niektórzy, jakby przypadkiem rozdają ankiety tuż przed egzaminem i proszą o podpis, bo przecież każda wypowiedź powinna być autoryzowana.. Inni tuż po egzaminie wciskają tym dobrym i bardzo dobrym ankietkę do ręki (zna się tę psychologiczną "regułę wzajemności" - nie nadaremno jest się Doktorem!) Niby anonimowo (któżby po roku wspólnych ćwiczeń zapamiętał twarz swojego studenta?), a po zapoznaniu się z ocenami kilka dodatkowych pytań w stylu: "Dlaczego Pani tak napisała?", "Naprawdę Pan tak uważa?", "Szkoda, że już się nie spotkamy w trakcie studiów, można by jeszcze zweryfikować wiedzę i niektóre oceny".
     Kilka zajęć później. Dziesięć osób na zajęciach (ankiety, dyskrecja zapewniona). Ankiety dostają trzy osoby... Wszystkie piszą, Pani Magister czeka... Za tydzień wpisy zaliczeń. Pani magister uzyskuje wysokie wyniki. My oddychamy z ulgą - w trakcie studiów już nic z nią nie mamy - będzie mniej nudno.
     Szkoda, że  u c z c i w o ś ć  to dla wielu humanistów tylko słowo, którym zapychają swój słowotok...
     Szkoda, że nasza ocena jest tak mało warta, tak że nic się nie zmienia, chociaż Władze uczelni na pewno słyszą odgłosy naszych uzasadnionych narzekań.
     Na koniec kilka słów wdzięczności dla Tych, którym chciało się szczerze, z odwagą anonimowo zapoznać z naszymi ocenami, odczuciami z ich zajęć... Pewnie przejmą się naszymi uwagami i wprowadzą je w życie. I tak najlepsze zajęcia pozostaną Najlepszymi.


Art



 

Doktor Piotr

Jarosław Polak
 
Skoro już mówić mam o sobie 
Mały wykładzik tutaj zrobię 
Na temat znany wszystkim w koło: 
Pan doktor Piotr - lecz... na wesoło! 

Rozwieję więc zaraz wszystkie mity, 
W tym jestem - wierzcie - znakomity. 
Że długie nogi mają dziewczyny? 
Mam statystycznie dłuższe kończyny! 

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, 
Że POMC jest źródłem miłości? 
Trochę endorfin i kod genetyczny. 
Jakiż ja jestem romantyczny! 

Ech, psychologia, a któż to stworzył? 
Toż czysty bełkot, gorsze niż wrzody! 
Maslow maślany, a Freud zboczony 
I z każdej tak strony - farmazony! 

Cóż wie o życiu jakiś psycholog? 
Tu mędrcem tylko mózgu fizjolog, 
A odpowiedzi wszystkie zawiera 
Jedna jedyna - skrzynka Skinnera. 

Dlaczego nikt znów nie protestuje? 
Boją się państwo, że wstawię dwóję? 
I bardzo słusznie, zapraszam więc 
Na Peter Show w sali sto pięć. 

Zjawiam się w kitlu jak straszna zjawa, 
Każde zajęcia to cudna zabawa. 
Krzyżyk i kółko, skreślanie kratek, 
Uwielbiam klimat tych małych jatek. 

Tej sesji pokażę znów świetny humor, 
Zrobię żaczyskom na koniec rumor. 
Pytanek w teście będzie ze dwieście, 
Kto zgadnie cztery - będzie miał szczęście. 

Lecz kiedy już skończą biedne studenty 
Kurs "Biomedyki" stokroć przeklęty, 
Będą imprinting mieli wzorca 
Idealnego naukowca - 

- Co wszystko dla Prawdy i to jest racja..., 
Ale już wkrótce habilitacja, 
A później Nobel, którego wyczuwam 
Jednym neuronem okolic podwzgórza. 
 

  "Requiem dla..."

     Anna Syrek

    Pewnego dnia obudzisz się... popatrzysz na prawo, na lewo... i nic. Popatrzysz przed siebie - zobaczysz się w lustrze naprzeciw. Wstaniesz i dotkniesz swojego odbicia i wyda ci się, że słyszysz szmer, tak ci bliski, tak znajomy, wyryty w pamięci wieloletnim przyzwyczajeniem, odwrócisz głowę w nadziei spotkania i ... NIC.
     Ogarnie cię to dziwne, niepowstrzymalne uczucie - nieodwracalności, czegoś na zawsze zamkniętego. Nigdy już żaden szmer twojej wyobraźni nie będzie prawdą, iluzja nie stanie się rzeczywistością... nie będzie już jego oczu, uśmiechu, dotyku jego dłoni, jego ciepła - JEGO OBECNOŚCI. Będziesz stać nieruchomo, sparaliżowana irracjonalnym poczuciem winy, tak strasznym, że prawie namacalnym, poczuciem czegoś tak codziennego, niedopełnionego, a dziś już straconego na zawsze, poczuciem czegoś tak przyziemnego, że aż głupiego: jakiegoś uśmiechu, który umarł w sercu, jakiegoś słowa, zatrutego złością, jakiejś straconej wspólnej chwili, jakiegoś gestu zapomnianego w pomieszaniu życia. Tak, to wszystko jest już stracone, czas niczego nie oddaje. Tylko pamięć wyostrzy czasem, późną porą, jakąś iskierkę umarłego dnia - wspólnego dnia.
     Pewnego dnia obudzisz się i zrozumiesz samotność; nie ma przyjaciół, nie ma owocu miłości, żadnego... oprócz pamięci, która obumrze wraz z tobą.
     Nigdy nie mów, że tak bardzo cierpisz, słowa wykradają nam część naszej tajemnicy stawanie się... stawanie się w życiu, w miłości, w budowaniu nadziei, w burzeniu rozpaczy. Więc nigdy nie mów o swoim bólu, który przytępi codzienność, od którego nie uciekniesz, ale który kiedyś zaśnie w nowej nocy radości. Tylko ta nadzieja warta jest twoich dni - w życiu tak nudnym szarością przemijania.
     Kiedy staniesz nad tą przepaścią, próbując przezwyciężyć każdy nowy dzień, próbując walczyć z bezsensem, spróbuj podziękować losowi za dar którym cię obdarzył, który nie każdemu jest dany: dar wspólny, dar spełnienia, dar chwilowej, ale pełnej obecności. Dar, który przy całej swojej złudności, całym zatraceniu w śmierci, przy całym bólu, którym trzeba za niego zapłacić jest jednak wielkim darem wspomnień, bo pozostało ci coś... coś wielkiego, jakaś tajemna nić która, która nie pęka wraz z końcem linii życia, umacnia - bo tylko ona pozostaje...
To nić waszych spojrzeń, wspólnych posiłków przy blasku świec, tego jedynego w swoim rodzaju dotknięcia, jedynej wspólnoty, wspólnoty MIŁOŚCI. Pomyśl przez chwilę, jak to by było, gdybyś nie miała za sobą tylu wspaniałych  chwil wspólnoty duszy i ciała, gdyby ON był tylko marzeniem, jakimś promykiem nigdy nie muśniętym. Gdyby ta miłość pozostała tylko twoim niespełnionym snem... Ból byłby może mniejszy, bo nie wiązałby się ze stratą obecności, może byłby krótszy, ale zostałabyś całkiem sama z pustką pamięci i z tęsknotą nigdy się nie kończącą, tak piekącą, tak samotną...
     Na zew serca odpowiada cisza, tylko cisza, ale jakże pełna, pełna wspomnień, bo los który zadaje taki ból, daje ci także w spadku czas naznaczony waszym istnieniem. Masz coś czego nie ma nikt, coś co nie potrzebuje pielęgnacji, bo to jest i będzie na zawsze twoje, tylko twoje.
     A on? Zapewniam cię pozostawił tu coś najwartościowszego, najgłębszego, najpełniejszego i trwałego, czego nikt ci nie zabierze, co pomoże przetrwać wszystkie burze.
     Pozostawił ci  - WASZĄ PRZESZŁOŚĆ.  "Requiescat in pace"


Spotkania i Recenzje


Coś tam o czymś tam

Elżbieta Makselon
(Recenzja książki Marii Szulc "Spotkania z podświadomością po latach")

"Koloryt świata otaczającego zależy od stosunku uczuciowego do niego".
                                                                A. Kępiński

     Cytat ten zaczerpnęłam z książki Marii Szulc pt. Spotkania z podświadomością po latach, gdzie dodatkowo, niejako w podtytule, widnieje napis: Hipnoza psychostymulacja.
     Książka na "pierwsze wrażenie percepcyjne" - niepozorna. Miękka okładeczka z rysunkiem drogowskazu zdającym się sugerować możliwość przemieszczania w dowolnych kierunkach, ale po wydeptanych czterech dróżkach. Bogata symbolika, prawie zapierająca dech w piersi.
     Dzieło dotyka tematów (co zresztą nie jest tajemnicą, gdy zna się tytuł) dotyczących, w głównej mierze, hipnozy, biostymulacji i psychostymulacji, ale czyni to w sposób iście freudowski. Autorka w krótkich objaśnieniach tłumaczy istotę hipnologii, dołącza do tego historię swojej kariery zawodowej (obfitującej w spotkania ze sławnymi ludźmi i z ich wielkimi nazwiskami), by wreszcie skupić się na konkretnych przypadkach pacjentów, na których metody znalazły zastosowanie. I to owocne.
     Nie są to moim zdaniem, porywające wyznania; zwłaszcza dla kogoś kto wobec owych zagadkowych spraw pozostaje raczej w stosunku - oględnie mówiąc - sceptycznym. Weźmy na przykład historię tzw. "generała"; więźnia, który tytuł ów wypracował sobie nieludzkim obchodzeniem się z bliźnimi, zarówno na wolności, jak i za kratami. I oto ten degenerat, najgorszy z najgorszych, przemienia się w dobrego człowieka, gdyż zostało mu skutecznie zasugerowane, że "jest człowiekiem zdolnym do litości i dobroci, a obrzydzeniem napawa go przemoc w stosunku do innych". Nie myślcie, że stało się to za jednorazowym dotknięciem czarodziejskiej różdżki, której imię brzmi "hipnoza". Efekt przyniosły żmudne seanse, wieloetapowe spotkania, okupione prywatnym czasem i nadmiernym wysiłkiem. Zaiste  chwalebne.
     W książce jednak (i tutaj lekko schylam głowę przed autorką), między wierszami wyczytać można stosunkowo interesujące informacje. Znaleźć można wiadomości dające czytelnikowi ogólne rozeznanie w tematyce hipnologii i przyczyniające się do poszerzenia jego horyzontów myślowych, a co za tym idzie, stwarza się podwaliny do błyskotliwego zaimponowania niejednemu erudycie podczas "weekendowego party". Możemy na przykład (oczywiście po lekturze książki) uświadomić uczestnikom spotkania, że ich zdolności hipnotyczne ujawnić się mogą żywiołowo w jakichś wyjątkowych okolicznościach, dajmy na to, gdy znajdą się w niebezpieczeństwie, czyli sytuacji wymagającej napięcie wszystkich sił psychicznych. A zatem kochani - nie bójcie się niebezpieczeństw, trudów i znojów życiowych - bo być może one pozwolą nam odkryć w sobie zdolności hipnotyczne, które później wykorzystacie dla dobra innych, dla dobra ludzkości. Dodatkowo, ucieszyłam się niebywale, gdy oczom moim ukazał się piękny termin - analgezja hipnotyczna - oznaczający mniej więcej tyle co: znieczulenie podczas operacji. Możecie dziwić się, że ja - okaz zdrowia - tak uradowałam się informacją o możliwości powstrzymywania krwawienia, czy uśmierzania bólu drogą analgezji hipnotycznej. Ale tego, o czym piszę powyżej nie należy rozpatrywać jedynie w wymiarze medyczno - psychologicznym. Analgezja hipnotyczna łączy się obecnie z szerokim kontekstem społecznym - nie straszne nam już strajki anestezjologów skoro mamy hipnotyzerów.
     I jeszcze parę ciekawostek zaczerpniętych z książki: nieprawdą jest, że na hipnozę podatni są tylko ludzie słabej woli, gdyż ludzie silni również poddają się jej z łatwością. Podatność na hipnozę jest raczej zależna od zróżnicowanych, indywidualnych umiejętności koncentracji na zabiegu.
     Na zakończenie chciałabym zamieścić, dla was drodzy czytelnicy, pewien skrótowy słowniczek terminów pokrewnych bądź ściśle wiążących się z hipnologią. Zrobiwszy sobie z niego mini-ściągę nie dacie plamy w żadnej poważnej (i nie tylko) dyskusji:
HIPNOZA WERBALNA - metoda w której mamy do czynienia ze zjawiskami biofizycznymi polegającymi na przekazywaniu pacjentom sygnałów, informacji z udziałem słów i zjawisk elektromagnetycznych. Przy stosowaniu H.W. należy posługiwać się wspólnym dla wszystkich ras ludzkich "językiem snu" - słowa tworzące ten język powinny być wypowiadane głosem o natężeniu zgodnym z normami wypracowanymi intuicyjnie.
BIOSTYMULACJA - metoda wypracowana na zasadach hipnozy werbalnej, polegająca na tym, że w czasie jej trwania podawane informacje kodują się w podświadomości z udziałem świadomości.
HIPNOZA ABLATACYJNA - metoda polegająca na wprowadzaniu pacjentów w stan hipnozy, a następnie nakazywaniu im spoglądania na specjalnie wykonaną w łagodnych kolorach tablicę, z wymalowanymi na niej znakami, (nie spotykanymi w życiu). Po dłuższym stosowaniu tej metody już samo spojrzenie na znaki wprowadza pacjentów w stan hipnozy.
     Moja wypowiedź nabrała może nieco ironicznego tonu, ale mam nadzieję, że przyczyni się to wyłącznie do zainteresowania was książką Marii Szulc. Odsyłam zatem każdego czytelnika do indywidualnych refleksji i przemyśleń, dodając, że pozycja ukazała się dzięki Wydawnictwu "Plejada" S.C., Warszawa, 1995.

 
Powrót na stronę główną
 
Powrót na stronę główną