

| Psychologia | Wydział | Art | Spotkania i Recenzje |
| Co to jest psychologia
Jarosław Polak Za kulisami logosu
Tam i z powrotem...
Typologie nie są takie złe
|
Egzamin egzaminatora
As Vice |
Doktor Piotr
Jarosław Polak Requiem dla... Anna Syrek |
Coś tam o czymś tam
Elżbieta Makselon |
Od kilku lat studiuję psychologię, a zupełnie
niedawno zorientowałem się, że właściwie nie wiem co studiuję, bo w gruncie
rzeczy nie wiem, czym jest psychologia. Z pierwszego roku pozostały mi
w głowie resztki dziwnych definicji, ale okazały się bezużyteczne. Zauważyłem
także, że bardzo wielu studentów uważa, że psychologia jest to to, co studiują.
Jest to bardzo zdroworozsądkowe i uczciwe podejście. Spotkałem się także
z takim określeniem, które widzi psychologię jako całkiem niezły sposób
zarabiania pieniędzy. Jednak oba te określenia nie zadowoliły mnie, ze
względu na zbyt ubogą treść, postanowiłem więc sam odpowiedzieć sobie na
pytanie: co to jest psychologia? Zapisem prób w tym zakresie jest poniższy
artykuł. Zdaję sobie sprawę z wielu niedociągnięć, nadużyć, albo błędów
zawartych w poniższym tekście, chcę jednak zastrzec, że jest to owoc refleksji
uchwyconej na gorąco, a zatem w stanie rozwoju. Zdaję sobie także sprawę
z mojego długu wobec wielu badaczy i myślicieli, których głos pobrzmiewać
będzie tutaj gdzieniegdzie, ale nie idzie mi o oryginalność, a oni zapewne
nie będą mieli mi tego za złe. Czerpałem obficie, także z tego, co działo
się na niektórych zajęciach.
Psychologia w moim rozumieniu jest wiedzą
pozwalającą na eliminację cierpienia człowieka spowodowanego dolegliwościami
natury psychicznej poprzez przywrócenie i utrzymanie wewnętrznej harmonii
i pogody ducha. Te dwa warunki (pozytywny i negatywny) są podstawą tzw.
życia szczęśliwego. Zatem w najogólniejszym ujęciu psychologia i jej adepci
powinna służyć ludzkiemu szczęściu. Działalność psychologa jest udzielaniem
pomocy ludziom tego potrzebującym w ukazaniu przyczyn i źródeł ich cierpienia,
zarówno tych wewnętrznych jak i zewnętrznych oraz w ich usunięciu, przezwyciężeniu
lub zdrowej akceptacji.
Nie można do końca i w sposób konkretny określić
czym jest szczęście. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że szczęście
to zupełnie coś innego niż to, co na ten temat myślimy my. Wydaje się jednak,
że można w sposób ogólny scharakteryzować warunki jakie muszą być spełnione,
aby móc doświadczyć szczęścia. Jest to po pierwsze spełnienie minimum biologicznego,
wyrażającego się w odpowiednich wartościach pewnych współczynników charakteryzujących
nasze otoczenie, oraz zaspokojenie potrzeb fizjologicznych (takich jak
głód, sen). Po drugie, jest to poczucie wewnętrznej jedności i harmonii
ducha. Wynika to z ogólnej reguły, że wszelkie życie posiada organizującą
je zasadę, także życie psychiczne, czy duchowe. Życie zawsze może być pojmowane
tak, jakby było celowe. Zanik lub utrata zasady oznacza rozpad, chorobę
i śmierć.
W osiągnięciu szczęścia przeszkadza człowiekowi
bardzo wiele spraw, z których żadna jednak nie jest na tyle trwała i nieprzezwyciężalna
by nie dało się jej usunąć. Prawdziwą siła tych przeszkód jest to, że pozostają
niedostrzeżone. Tak bardzo jesteśmy do nich przyzwyczajeni od dzieciństwa,
że wydają nam się nieodłącznym elementem naszego świata.
Najłatwiej zauważalną przeszkodą jest przedrefleksyjna
akceptacja istniejących w umyśle sprzeczności, czyli inaczej konfliktów.
Właśnie zburzenie jednolitości struktury jaką stanowi sprawnie funkcjonujący
"mechanizm psychiczny" jest przyczyną niemożliwości doświadczenia szczęścia.
Na podstawie prostej obserwacji siebie podczas przeżywania szczęścia zauważyć
można, że nie wyróżnia się wtedy elementów swojej osoby, tak jak ma to
miejsce w stanach nieszczęścia, kiedy jesteśmy w stanie dokładnie wskazać
tę część siebie, która jest jego przyczyną. Ta wewnętrzna integracja idzie
nawet znacznie dalej, wykracza poza nas, w świat otaczający. Przyjmuje
to postać odczucia, że jesteśmy elementem jakiejś większej całości, społeczeństwa,
kosmosu. Zupełnie inaczej jest, gdy coś nam dolega. Wszystko przyjmuje
redy jasno spolaryzowaną postać: ja - świat.
Zatem warunkiem szczęścia jest swego rodzaju
jedność, którą wyżej scharakteryzowałem poprzez odwołanie się do intuicji.
Szczęście jako naturalny cel większości ludzi jest wartością, którą należy
zdobywać i chronić. Trzeba wiedzieć jednak jak to robić. Psychologia powinna
Nie każdy jest zdolny do tego by samemu ustalić
przyczyny własnej nieszczęśliwości. Konieczny jest do tego pewien wgląd
w siebie, a tego nigdzie nie uczą, a czasem wręcz oduczają. Dlatego potrzebny
jest ktoś, kto dysponuje wiedzą i doświadczeniem w zakresie wyszukiwania
szczelin i pomocy w scalaniu elementów pękniętej duszy. Od dzieciństwa
uczy się nas jak dbać o własne ciało. Psychologia ma uczyć dbać o swojego
ducha.
Zasadą scalającą może być dokładnie wszystko,
od przedmiotów materialnych, aż po tzw. wartości duchowe. Zgodnie z tym,
nie jest prawdą powiedzenie - "pieniądze szczęścia nie dają" - natomiast
prawdą jest, że dają szczęście dość nietrwałe, ponieważ pieniądze, jak
wszelkie materialne dobra, są bardzo nietrwałe. Wyjąwszy przypadki zła,
nie jest ważne, co jest przedmiotem naszego dążenia w życiu, co jest scalającym
nasze życie celem. Ważne w jaki sposób nim jest. Czy nie pozostaje w konflikcie
z innymi celami, czy możliwe jest w jego realizacji działanie długoterminowe,
czy w rzeczywistości jest tym, czym się nam jawi? Ważne jest to, aby zasada
ta została odszukana w sobie, w głębi swojej duszy. Nie może być ona narzucona
z zewnątrz, bo skutki tego mogą być opłakane. Wraz z jej wykryciem wewnątrz
siebie, pojawia się spontaniczna chęć jej realizacji. Jest to jeden z aspektów
woli.
Zmierzam tu do wskazania, że systemem porządkującym
priorytety w polu naszego działania są normy moralne. Jakkolwiek działając
zawsze wybieramy, a każdy nasz wybór, przynajmniej potencjalnie, jest wyborem
moralnym.
Czy istnieje zatem jakiś system norm moralnych,
którego spełnianie w sposób niezawodny doprowadzi do szczęścia? Oczywiście
nie. Również nieprawdą jest, że każdy system norm moralnych jest dobry
z interesującego mnie tutaj punktu widzenia. Są systemy zawierające sprzeczności,
będąc konfliktogennymi. Wydaje się jednak, że dla naszego kręgu kulturowego
takim najprostszym i zarazem najogólniejszym systemem jest ten, który opiera
się na zasadzie miłości bliźniego.
Działanie na rzecz szczęścia innych ludzi
jest zarazem doskonałym kryterium pozwalającym oddzielić psychologię od
różnego rodzaju psychotechnik, socjotechnik, sztuki manipulowania i kłamstwa.
Człowiek w psychologii musi zawsze być podmiotem działania, nigdy zaś jego
przedmiotem.
Ujmując wszystko, co powiedziane powyżej syntetycznie
stwierdzam, że według mnie psychologia jest wiedzą o tym, co to jest szczęście,
jakie są jego warunki i sposoby jego osiągania, oraz działaniem mającym
na celu wprowadzaniem tej wiedzy w życie ludzi. Pozwala to na określenie
ciekawego obszaru badań nad tym, co czyni człowieka szczęśliwym, jak możliwe
jest do osiągnięcia szczęście i czym jest szczęście z psychologicznego
punktu widzenia.
Elegancko ubrany polityk, z życzliwym całemu
światu uśmiechem na ustach, często w otoczeniu rodziny - a na plakatach
w sąsiedztwie błyskotliwych haseł, czy idyllicznych postulatów wyborczych
- ten obrazek był nam znany z ekranu telewizyjnego, czy ze słupa reklamowego
aż do 21 września - dnia wyborów.
Dziś znamy zwycięzców i pokonanych. Wyborcza
gorączka spadła. My zaś niezależnie od zapadłych decyzji uważamy się za
osoby rozsądne, które nie zwracały uwagi na drobne szczegóły politycznego
image`u; kierujące się w wyborach logiką postulatów. Jednak nie do końca
zdajemy sobie sprawę, że nasz logos podobny jest do kurtyny oddzielającej
teatralną scenę od tajemniczej garderoby. A tam przecież dzieje się najwięcej
i do tej tajemniczej sfery podświadomości kierowanych jest najwięcej przesłań.
Czym więc kierujemy się podejmując decyzję - oprócz rozsądku? Jaki musi
być zatem idealny wizerunek polityka - by miał szansę wygrać wybory? Na
te i inne pytania postaram się odpowiedzieć.
Atrakcyjność - to niewątpliwie atut polityka
- gdyż "jak cię widzą wyborcy, tak cię piszą". Nienaganny elegancki ubiór
staje się koniecznością. Wielu kandydatów idzie nawet krok dalej - przed
wyborami stosuje wysokobiałkową dietę, która w krótkim czasie pozwala zrzucić
zbędne kilogramy. Dzieje się tak dlatego, że w umysłach wielu ludzi - od
dzieciństwa funkcjonuje przekonanie, że to co piękne jest zarazem dobre.
W czytanych wtedy bajkach dobre wróżki i królewny zawsze były piękne; natomiast
złe czarownice - odrażające. Stąd pochodzą te nielogiczne atrybucje.
Wiarygodność i kompetencje - tych przymiotów
kandydatów do parlamentu z pewnością nie pominiemy. Informacje o nich zawarte
są często w tytułach naukowych, stanowisku, na które przecież bardzo zwracamy
uwagę. Również odpowiedni dobór słów przekona nas o oczytaniu, elokwencji.
Podobieństwo do nas - będzie miało również
duży wpływ i to w wielu aspektach. To czy ma rodzinę; czy jest młody, czy
jest emerytem; ile ma lat; czy mówi o naszych sprawach; czy jest reprezentantem
naszego zawodu - to niektóre z nich. Stąd często politycy "stylizują się
na elektorat" - jaki stawiają na szali swego zwycięstwa - pokazując się
bądź w otoczeniu rodziny, w gronie roześmianej młodzieży, czy zatroskanych
emerytów - pokazując tym samym - jestem z was... jestem z wami.
W kwestii statusu zawodowego - sprawa jest
złożona - wiele osób głosuje na kandydata o statusie do jakiego aspiruje,
lub jaki zawsze budził ich uznanie i szacunek. Być może dlatego osoby starsze
często głosują na nauczycieli czy lekarzy.
Bardzo ważną, a nawet najważniejszą kwestią
jest kwestia języka, którym posługuje się kandydat na posła czy senatora.
Logika postulatów jest tu tylko jedną stroną monety, bo czasami nie jest
ważne co się powie, ale jak się to powie.
Ładunek emocjonalny - oczywiście wszystko
zależy od intelektualnej ogłady audytorium - silniej oddziaływuje niż logiczny;
stąd często politycy grają na emocjach hasłami typu: "Zasługujesz na więcej";
"To ci się należy"; "Zapracowałeś na spokojną starość" itd. Często powołują
się też na uczucia wyższe - miłość, przyjaźń - czy najcenniejsze wartości:
rodzina, wolność, zdrowie, życie.
Najbliżsi i zabezpieczenie ich spokojnej egzystencji
jest dla wszystkich ludzi jednym z zasadniczych punktów w planie życia.
Dlatego jeden z wyborczych chwytów głosi: "jeśli chcesz przekonać wyborcę,
powołaj się na jego rodzinę; najbliższym się przecież nie odmawia - a już
zwłaszcza głosu na przychylnego im kandydata". Na politykę rodzinną stawiał
Blok dla Polski i z pewnością wygrałby, gdyby miał większą siłę przebicia,
a jego postulaty nie pokrywały się z hasłami, na które stawiali liczniejsi
kontrkandydaci. Z wyżej wymienionego powodu partie bardzo często licytowały
się na kwestie dotyczące służby zdrowia, aborcji czy wolności kobiet. Po
wyborach można więc pokusić się o sporządzenie listy najcenniejszych wartości
dla Polaków - kierując się miejscami partii w sejmie.
Okazuje się, że idee Solidarności są wiecznie
żywe. Pokazywanie tego co się straci przed tym co się zyska - jest więc
skuteczne. Gdy adresatem przesłania jest elektorat wykształcony moc emocji
może jednak nie wystarczyć. Wyliczenia, analizy, a nawet prezentacja konkretnego
modelu przekształceń musi uzupełnić polityczne slogany. Dlatego bardzo
domagali się ich dziennikarze, a zwłaszcza pani Barbara Czajkowska w programie
- "Kandydaci w Dwójce". Wiadomo również, że osobisty przykład bardziej
oddziaływuje na wyborcę niż same dane. Warto więc wpleść w postulaty dla
wyborcy - wyborcę np. pokazując na modelu Jana Kowalskiego - przeciętnego
Polaka ich realizację; czym dla niego się ona zakończy. Optymalny byłby
więc wyborczy koktajl językowy łączący szczyptę rozsądku ze sporą dozą
emocji i doprawiony... cząstką osobowości wyborcy. Chlebem powszednim kandydata
są przecież nie tylko prezentacje, ale i konfrontacje z kontrkandydatami.
Jakiego doboru słownictwa życzy sobie w takim związku wyborca? Odpowiedź
nasuwa się sama - świadczącego o kulturze politycznej, szacunku dla partnera.
Ideałem jest polityk - dobry koalicjant - grający fair - a nie "buntownik
bez powodu". Przecież tam, gdzie kandyduje najbardziej liczy się umiejętność
współpracy, która jest niezbędna do zawierania kompromisów politycznych.
Kandydat, który przekona o tej cesze wyborców - zyska poparcie. Przystoi
mu bowiem wtedy zachowanie rozsądne i argumenty mierzące w postulaty programu
- a nie w osobę drugiego kandydata.
Można wykazać zbieżności i różnice, a nawet
chwalić pomysły partii przeciwnika - ciekawe i oryginalne rozwiązania.
Tym samym kandydat przekonuje, że chodzi mu o coś więcej niż własny interes.
Jak piszą Mariusz Janicki i Wiesław Władyka w "Polityce": "Nagła pochwała
dla przeciwnika to sprytny instrument socjotechniczny, zwłaszcza, jeśli
zupełnie nie widać, jakie korzyści mogłaby przynieść taka pochwała temu,
który ją wygłasza. Polscy politycy jednak bardzo rzadko korzystają z tego
sposobu zdobycia wyborczej sympatii. Przeciwnie - z ponurą konsekwencją
starają się podtrzymać swój nader często kiepski bądź wręcz fatalny image
w przekonaniu, że walka o jego utrzymanie jest kwestią życia lub śmierci
politycznej. A czasami jedno jest jasne, błyskotliwe i przyjazne światu
zdanie mogłoby w ich politycznej karierze zmienić więcej niż sto tajnych,
partyjnych narad".
Oczywiście sam kandydat - chociaż wykształcony
i z prezencją nie zawsze skutecznie oddziaływuje na wyborców. Istotne staje
się również to, kto go wspiera w myśl zasady "z jakim przestajesz, takim
się stajesz". Oczywiście zazwyczaj patrzymy na niego przez pryzmat partii,
z ramienia której występuje. Czasem jednak niezbędne staje się poparcie
osób spoza jej szeregów - np. pewnej osoby będącej dla innych ludzi autorytetem
w jakiejś dziedzinie. W tym celu członkowie sztabu wyborczego kandydata
na prezydenta USA wcześniej organizują wywiad, kto się liczy w dobrym środowisku,
by podczas mityngu, na oczach rzesz wyborczych przyszły prezydent mógł
uścisnąć mu dłoń, na co dana osoba z pewnością miło zareaguje - i o to
chodzi. Dlatego również do wielu ulotek dołączona jest swego rodzaju "opinia
o pozytywnym wydźwięku" - znanej osobistości o kandydacie.
Rodzi się tylko pytanie: o czyje poparcie
zabiegać? Wiadomo, że każda partia ma aspiracje, którym chce sprostać,
czy swój wizerunek z jakim chce być utożsamiona, jak i ten, przed którym
się broni. Czasem jednak - za sprawą stereotypowego spojrzenia wyborców
- ten negatywny jej obraz staje się obiegową etykietką. Bo czy PSL - kojarzy
się z partią intelektualistów, SLD z gorliwymi katolikami? Stereotyp jest
silniejszy - to czarne okulary blokujące pełną wizję. Tu bronią może być
również poparcie autorytetu z "dziedziny aspiracji". Cóż więc by było,
gdyby PSL poparł dziekan sławnego uniwersytetu, a SLD - kardynał czy prymas?
Autorytet to broń przeciw propagandzie konkurentów.
Dająca wsparcie osoba - nie zawsze musi być autorytetem poważanym i szanowanym.
Może to być po prostu osoba znana i lubiana przez wyborcze kręgi na jakie
stawia kandydat. Załóżmy przykładowo, że dana partia - y - liczy na poparcie
młodzieży, gdyż pewne punkty programu zahaczają o jej interesy. Gdyby więc
pod tymi hasłami podpisała się np. Edyta Bartosiewicz czy Agnieszka Chylińska?
Byłby to chwyt dla pozyskania młodych wyborców. Cała sztuka polega na tym,
by umiejętnie wyszukać i przekonać osoby, które nasze grono wyborcze darzy
sympatią.
Z tym zagadnieniem wiąże się ostatnia i najważniejsza
kwestia wybór priorytetowej grupy docelowej. Kampania wyborcza jest przecież
swego rodzaju kampanią reklamową. - tyle, że reklamowanym "produktem" jest
osoba kandydata na posła czy senatora. Jedna z zasad reklamy głosi - jeśli
masz produkt dla wszystkich, nie masz dla nikogo. Oczywiście wyborcze credo
musi uwzględniać interesy całego narodu - ale "naród" to słowo ogólne -
a do urny idzie konkretny wyborca, który w danym programie musi znaleźć
siebie. Klasycznym politycznym haczykiem jest "urabianie elektoratu" z
najbardziej potrzebujących lub poszkodowanych - przez obietnice. W tej
kampanii takimi sektorami docelowymi byli powodzianie, emeryci, pracownicy
sfery budżetowej, górnicy. Strategia ta przynosi efekty w postaci poparcia,
ale tylko, gdy hasła te nie dublują się na plakatach innych kandydujących
partii. Stąd elektorat ulega rozbiciu - wygrywa ten kto jest wiarygodny
i obiecuje najwięcej.
Zamiast licytacji można wybrać inną metodę
zdobycia wyborców w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi, czyli uwypuklić
w swoim programie interesy grupy społecznej, o której nie pomyślał prawie
żaden z innych kandydatów. Obietnicą jest zebranie głosów całego elektoratu
z tej grupy. Można pomyśleć o młodzieży licealnej (nowe pro uczniowskie
metody nauki), kobietach pracujących - buisnesswoman... itp. Wtedy program
staje się bardziej konkretny i oryginalny.
Teraz, gdy weszliśmy już za kulisy logosu,
możemy już rozpoznać mechanizmy, które rządziły nami w chwili podejmowania
decyzji. Czy działały na naszą szkodę czy pożytek? To już zależy od tego
komu pomogły i tego, komu zaszkodziły w wyborach do parlamentu we wrześniu
1997 roku.
Tysiące myśli kłębi się w głowie, gdy
myślę o tym miejscu. Trudno wybrać tą, która miałaby rozpocząć opowieść.
Bo tam przecież i do śmiechu i do płaczu. Dochodzą do tego jeszcze mity
krążące o placówkach tego typu. To trzeba zobaczyć samemu.
Do Lublińca przyjechałam, by odbyć praktykę
śródroczną. Na teren szpitala wkroczyłam dość niepewnym krokiem, pełna
obaw i właściwie przygotowana na wszystko. No cóż, widok faktycznie mógł
wzbudzać uczucia potwierdzające potocznie krążące opinie; ogromny teren,
duże, zaniedbane, szczelnie okratowane budynki. Tak więc wszystko przybierało
postać mroczną i tajemniczą, a tym samym było bardzo dla mnie pociągające.
Do rzeczywistości szybko przywróciło mnie wkroczenie do budynku administracji.
Aby załatwić formalności związane z praktyką i zakwaterowaniem, musiałam
się nieźle nabiegać, w celu załatwiania na przykład zgody na jakąś tam
zgodę. Niczym kafkowski absurd. Można to wszystko było jednak przeżyć,
mając w perspektywie paręnaście dni w tym miejscu, a uśmiech i sympatia
ludzi z którymi się zetknęłam, dodał mi niezbędnej motywacji przy tej całej
bieganinie.
Nie mogę oprzeć się pokusie, aby napisać jeszcze
o miejscu w którym mieszkałam. Był to położony około 200 m od terenu szpitala,
internat dla pielęgniarek. Niestety dość smutny to fakt, że studenckie
akademiki są niemalże luksusowymi hotelami w porównaniu z tym budynkiem,
choć mieszkają tu często ludzie z całymi rodzinami. Mniej więcej wygląda
to tak: na górnym piętrze mieszkają wojskowi, na dole młode pielęgniarki,
a po środku rodziny z dziećmi, lub samotne matki. Starałam się spędzać
w tym miejscu jak najmniej czasu, bo działało ono na mnie przytłaczająco.
Gdy chciałam zebrać myśli, uniemożliwiały mi to, niczemu winne, dzieci,
które tłumnie i szumnie bawiły się na korytarzu.
Praktykę odbywałam na Oddziale Rehabilitacji,
tam też spędziłam najwięcej czasu. Starałam się jednak być wszędzie,
gdzie jest to możliwe, na terenie szpitala. Wyżej wymieniony oddział jest
stosunkowo młodym, ale prężnie funkcjonującym. Pobyt tam pozwolił mi wiele
rzeczy zobaczyć i zrozumieć. Przekonał mnie, że ludzie, przez swą chorobę
zostają, w większości przypadków wyłączeni z normalnego życia w społeczeństwie.
Najczęściej dzieje się to przy udziale wadliwie funkcjonującej opieki rodzinnej,
czy poprzez długoletnią, wielorazową hospitalizację. Chorzy ci potrzebują
wsparcia, zrozumienia i swego rodzaju reedukacji umiejętności, które choroba
doprowadziła do zdeformowania, lub nawet zaniku. Mnóstwo rzeczy, dziejących
się na Oddziale ma znaczenie terapeutyczne. Codzienne zebrania społeczności,
czy zajęcia terapeutyczne, nierzadko zamieniają się w istne pola bitwy,
to o papierosy, to o śpiewanie piosenek disco polo przez jakiegoś pacjenta,
lub o to, że ktoś tam jest niemiły, a pani Joli i Kasi bardzo to przeszkadza.
Właśnie w takich sytuacjach chorzy mogą zrozumieć, że nie są sami, że pewne
problemy można przedyskutować z innymi, bo oni też mają smutki i troski,
potrafią wiele rzeczy zrozumieć. Najważniejszą rzeczą, której uczą się
pacjenci jest branie odpowiedzialności za siebie, oraz podejmowanie decyzji.
Na przykład, gdy do kierownika oddziału przychodzi pan Tomek i drżącym
głosem pyta się: "Czy mogę pojechać na niedzielę do rodziny?", psycholog
odpowiada: "Nie wiem czy Pan może?". Chodzi bowiem o to, czy pan Tomek
tego chce. Tu właśnie jest miejsce na samodzielne podjęcie decyzji. Charakterystyczną
i bardzo pozytywną rzeczą jest to, że we wszystkie zajęcia zaangażowany
jest niemal cały personel oddziału, dzięki czemu panuje tam prawie
rodzinna atmosfera. Ma to często istotny wpływ na nastrój wielu pacjentów.
Kolejną zaletą tego oddziału jest dość mała ilość chorych, dzięki czemu
zdążyłam ich wszystkich poznać, a z niektórymi nawet zawrzeć bliższą znajomość.
Rozmawiać można, na tysiące tematów, bez fałszu, wysilania się na oryginalność,
czy tego typu, psujących relację czynników. Są szczerzy, pozytywnie nastawieni,
choć zdarzało się im czasem być lekko podejrzliwymi. Wiedziałam jednak,
że wchodząc codziennie rano do ich ulubionego miejsca, czyli palarni, sprawię
im swoją obecnością przyjemność.
Pewnego dnia na zajęcia terapeutyczne przyszło
parę osób z innych oddziałów. Siedziałam koło mocno tlenionej blondyny,
z zamyślenia wyrwało mnie jej zaskakujące pytanie na co się leczę. Musiałam
się grubo tłumaczyć i klarować kim jestem i co tu robię. Na co blondyna
ucieszona i poruszona zapytała patrząc mi prosto w oczy i nastawiając się
jak modelka do zdjęcia: "No to co mi jest.... i na ile wyglądam?". Uniknięcie
odpowiedzi na to pytanie w czasie dalszej rozmowy kosztowało mnie dość
sporo wysiłku intelektualnego.
Moją uwagę zwróciły często pojawiające się
informacje o złym traktowaniu pacjentów przez personel. Najczęściej chodziło
o słynne wiązanie w pasy. To jest dla mnie sprawą zrozumiałą, że pacjent
z silnymi objawami pozytywnymi, może zachowywać się w sposób wręcz niebezpieczny
dla siebie i otoczenia, ale nie potrafię wytłumaczyć sobie, dlaczego pan
Franek, w czasie pobytu na którymś z oddziałów przyjęciowych stracił zęba,
a pan Józek ma złamaną szczękę. Osobiście spotkałam się z miłym i sympatycznym
personelem, ale wysłuchałam też wiele skarg pacjentów. Prawda pewnie jak
zwykle leży gdzieś pośrodku.
W celu rozprostowania kości, udawałam się
do czynnego codziennie dla pacjentów klubu, o wiele mówiącej nazwie Pigułka
Relaksu. Tam oddawałam się zaciekłej grze w "ping-ponga". Atmosfera w klubie
często przypominała klimaty wiejsko-remizowo-weselne i to jeszcze z poprzedniej
epoki. Bywały jednak dni, kiedy w salach klubu przestawało być sennie.
Można było wtedy usłyszeć poruszone i barwne głosy dyskutujących, ciekawą,
skoczną muzykę. Kiedyś nawet natrafiłam na zupełnie spontaniczny recital
fortepianowy, w wykonaniu pani Basi, kobiety która żadnej pracy się nie
boi. Na samym początku była nauczycielką muzyki w przedszkolu, później
robiła jeszcze wiele innych rzeczy, obecnie zajmuje się dystrybucją "pysznego,
wielowitaminowego koktajlu na odchudzanie". Teraz prawdopodobnie ma chętkę
na stanowisko terapeuty w grupie, bo temu właściwemu nie pozwala dojść
do głosu. Zobaczyłam jeszcze parę innych ciekawych miejsc. Na przykład
pachnący moczem i starością oddział geriatryczny, oddział psychoterapii
nerwic. Mile zaskoczyło mnie to, że na tych oddziałach króluje psychologia
i psycholog. Chyba nie muszę dodawać, że jest to dobra wiadomość dla przyszłego
psychologa klinicysty. Każda taka wizyta wywoływała burzę myśli i pytań
w mojej głowie np. gdzie widziałabym siebie, co jest trudne, a co łatwe,
czy można wyleczyć, czy nie, co można zmienić, aby było lepiej, no
i kto tu jest ważniejszy: psychiatra, czy psycholog? Wiadomo jak to bywa
z pytaniami tego typu... Jednak wielu rzeczy się dowiedziałam, wiele zobaczyłam
na własne oczy. Jako przyszły psycholog już więcej, niż mniej wiem, co
konkretnie chciałabym robić w przyszłości, a czego nie.
Minęło już sporo czasu, ale do
tej pory często myślę o Kasi, która tak bardzo tęskniła za swoją
córeczką, Anecie z którą mi się tak dobrze rozmawiało, o panu Andrzeju,
który zawsze był taki bardzo smutny, jak "na wolności" radzi sobie pan
Antek? I ile jeszcze razy ci ludzie będą przekraczać bramy szpitala psychiatrycznego?
Nuttin w książce "Struktura osobowości" ujmuje
cel typologii następująco: typologie mają na celu wykazanie, że funkcjonowanie
psychiczne jest zdominowane przez tę czy inną własność podstawową wyrażającą
się często w formie dwubiegunowej. Wielu ludzi od razu przekreśla tę metodę
bez wysiłku zastanowienia się nad nią głębiej i zwrócenia uwagi na to,
jak jest ona wszechobecną. Bo przecież jak można wziąć jakąś cechę, przedstawić
ją w formie dwubiegunowej (czy nawet dokładniej) i beztrosko dzielić ludzi,
szufladkować, np. pracowity - leniwy, z poczuciem humoru - bez poczucia
humoru itd.? Przecież to niedopuszczalne.
Niestety, argumenty przemawiające na niekorzyść
typologii są zwykle tylko argumentami emocjonalnymi. Warto jednak zapanować
nad tym rozemocjonowaniem i pomyśleć, czy typologie mają tylko negatywne
strony.
Nieprzecenioną metodą wartości typologicznej
jest jej porządkujący charakter. Gdyby nie było podziałów ludzi, zgubilibyśmy
się w chaosie indywidualności, nie byłoby żadnych prawideł. Nie chcąc nikomu
robić krzywdy szufladkowaniem, musielibyśmy zrezygnować z jakiejkolwiek
- choćby powierzchownej i ogólnej wiedzy o człowieku, jaką można zdobyć
przyjmując metodę typologiczną.
Rezygnacja z jakichkolwiek podziałów jest
zupełnie niemożliwa. Tacy już jesteśmy, że lubimy sobie porządkować nasz
świat przyjmując różnego rodzaju typologie. Każdy z nas dzieli w jakiś
sposób ludzi, mimo iż pewnie niektórzy bardzo się przed świadomością tego
bronią.
Jednak dobrodziejstwa tej metody ukażą się
w pełni, gdy nie będzie ona wykorzystywana w sposób sztywny i bezkrytyczny.
Trzeba zauważyć, że nie każda sytuacja jest odpowiednia do wykorzystania
metody typologii oraz (to jest niezwykle istotne) zrozumieć pojęcie typu
ujmowania w tej metodzie. Otóż typ jest tutaj ujmowany jako wzór, idealny
przypadek, który stanowi punkt odniesienia dla oceny, w jakim stopniu dany
człowiek jest zbliżony do konkretnego typu. Wśród ludzi nie istnieje czysty
typ.
To, że typologii często używa się bezkrytycznie,
jest z pewnością w dużej mierze przyczyną powszechnej niechęci do tej metody.
Lecz trzeba zauważyć, że wina leży tutaj nie w samej metodzie, lecz w braku
umiejętności twórczego, elastycznego myślenia.
PiP`s - mały punkcik na uniwersyteckiej mapie.
Kupę dziewczyn, kilku niedookreślonych samców i kilku prawdziwych mężczyzn.
Dwa kierunki, dwa sposoby przeżycia tych pięciu lat. Wiele animozji (ach,
ta zarozumiała psychologia!), trochę przyjaźni (dwa kierunki na raz, cóż
za szpan!), jeden klub (mało imprez!) i zwykłe gorączkowe życie studenckie...
Od sesji do sesji - od jednego belfra do drugiego, kilka sympatii, więcej
rozczarowań... Szeptem, a czasem nawet krzykiem wymieniane uwagi o tym,
albo o tamtej: "Co ten facet tu robi, jak on może w ogóle kogoś uczyć?!",
"Ta kobieta powinna w przedszkolu dostać etat!", "Ten człowiek powinien
książki pisać, on w ogóle nie umie mówić po ludzku!", "Ach znowu ten wykład,
trudno, trzeba ją przeżyć". Czasem przez głowę przejdzie histeryczna myśl:
"Gdzie ja jestem, czy to jest w ogóle uczelnia wyższa?". Klniemy pod nosem
i z przyklejonym uśmiechem podstawiamy indeksy.
I nagle nadszedł dzień, kiedy nam osłupiałym
zostały wręczone ankiety... Wreszcie! - pomyślałam - ktoś raczył zwrócić
uwagę na naszą opinię... Ktoś zrozumiał, że Nauczyciel nauczycielowi nierówny,
a skutki tego dotykają naszych nerwów, głów i indeksów... Miałam nadzieję,
że od mojego zdania też będzie coś zależeć... Niestety. Przyszło nam zmierzyć
się z dwulicowością naszych "autorytetów". Owszem - ankiety - proszę bardzo.
Można ocenić przedmiot i wykładowcę, można przyznawać nawet punkty, anonimowość
zapewniona... Ale niektórzy, jakby przypadkiem rozdają ankiety tuż przed
egzaminem i proszą o podpis, bo przecież każda wypowiedź powinna być autoryzowana..
Inni tuż po egzaminie wciskają tym dobrym i bardzo dobrym ankietkę do ręki
(zna się tę psychologiczną "regułę wzajemności" - nie nadaremno jest się
Doktorem!) Niby anonimowo (któżby po roku wspólnych ćwiczeń zapamiętał
twarz swojego studenta?), a po zapoznaniu się z ocenami kilka dodatkowych
pytań w stylu: "Dlaczego Pani tak napisała?", "Naprawdę Pan tak uważa?",
"Szkoda, że już się nie spotkamy w trakcie studiów, można by jeszcze zweryfikować
wiedzę i niektóre oceny".
Kilka zajęć później. Dziesięć osób na zajęciach
(ankiety, dyskrecja zapewniona). Ankiety dostają trzy osoby... Wszystkie
piszą, Pani Magister czeka... Za tydzień wpisy zaliczeń. Pani magister
uzyskuje wysokie wyniki. My oddychamy z ulgą - w trakcie studiów już nic
z nią nie mamy - będzie mniej nudno.
Szkoda, że u c z c i w o ś ć to
dla wielu humanistów tylko słowo, którym zapychają swój słowotok...
Szkoda, że nasza ocena jest tak mało warta,
tak że nic się nie zmienia, chociaż Władze uczelni na pewno słyszą odgłosy
naszych uzasadnionych narzekań.
Na koniec kilka słów wdzięczności dla Tych,
którym chciało się szczerze, z odwagą anonimowo zapoznać z naszymi ocenami,
odczuciami z ich zajęć... Pewnie przejmą się naszymi uwagami i wprowadzą
je w życie. I tak najlepsze zajęcia pozostaną Najlepszymi.
| Skoro już mówić mam o sobie
Mały wykładzik tutaj zrobię Na temat znany wszystkim w koło: Pan doktor Piotr - lecz... na wesoło! Rozwieję więc zaraz wszystkie mity,
Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości,
Ech, psychologia, a któż to stworzył?
Cóż wie o życiu jakiś psycholog?
|
Dlaczego nikt znów nie protestuje?
Boją się państwo, że wstawię dwóję? I bardzo słusznie, zapraszam więc Na Peter Show w sali sto pięć. Zjawiam się w kitlu jak straszna zjawa,
Tej sesji pokażę znów świetny humor,
Lecz kiedy już skończą biedne studenty
- Co wszystko dla Prawdy i to jest racja...,
|
Pewnego dnia obudzisz się... popatrzysz na prawo,
na lewo... i nic. Popatrzysz przed siebie - zobaczysz się w lustrze naprzeciw.
Wstaniesz i dotkniesz swojego odbicia i wyda ci się, że słyszysz szmer,
tak ci bliski, tak znajomy, wyryty w pamięci wieloletnim przyzwyczajeniem,
odwrócisz głowę w nadziei spotkania i ... NIC.
Ogarnie cię to dziwne, niepowstrzymalne uczucie
- nieodwracalności, czegoś na zawsze zamkniętego. Nigdy już żaden szmer
twojej wyobraźni nie będzie prawdą, iluzja nie stanie się rzeczywistością...
nie będzie już jego oczu, uśmiechu, dotyku jego dłoni, jego ciepła - JEGO
OBECNOŚCI. Będziesz stać nieruchomo, sparaliżowana irracjonalnym poczuciem
winy, tak strasznym, że prawie namacalnym, poczuciem czegoś tak codziennego,
niedopełnionego, a dziś już straconego na zawsze, poczuciem czegoś tak
przyziemnego, że aż głupiego: jakiegoś uśmiechu, który umarł w sercu, jakiegoś
słowa, zatrutego złością, jakiejś straconej wspólnej chwili, jakiegoś gestu
zapomnianego w pomieszaniu życia. Tak, to wszystko jest już stracone, czas
niczego nie oddaje. Tylko pamięć wyostrzy czasem, późną porą, jakąś iskierkę
umarłego dnia - wspólnego dnia.
Pewnego dnia obudzisz się i zrozumiesz samotność;
nie ma przyjaciół, nie ma owocu miłości, żadnego... oprócz pamięci, która
obumrze wraz z tobą.
Nigdy nie mów, że tak bardzo cierpisz, słowa
wykradają nam część naszej tajemnicy stawanie się... stawanie się w życiu,
w miłości, w budowaniu nadziei, w burzeniu rozpaczy. Więc nigdy nie mów
o swoim bólu, który przytępi codzienność, od którego nie uciekniesz, ale
który kiedyś zaśnie w nowej nocy radości. Tylko ta nadzieja warta jest
twoich dni - w życiu tak nudnym szarością przemijania.
Kiedy staniesz nad tą przepaścią, próbując
przezwyciężyć każdy nowy dzień, próbując walczyć z bezsensem, spróbuj podziękować
losowi za dar którym cię obdarzył, który nie każdemu jest dany: dar wspólny,
dar spełnienia, dar chwilowej, ale pełnej obecności. Dar, który przy całej
swojej złudności, całym zatraceniu w śmierci, przy całym bólu, którym trzeba
za niego zapłacić jest jednak wielkim darem wspomnień, bo pozostało ci
coś... coś wielkiego, jakaś tajemna nić która, która nie pęka wraz z końcem
linii życia, umacnia - bo tylko ona pozostaje...
To nić waszych spojrzeń, wspólnych posiłków przy blasku świec, tego
jedynego w swoim rodzaju dotknięcia, jedynej wspólnoty, wspólnoty MIŁOŚCI.
Pomyśl przez chwilę, jak to by było, gdybyś nie miała za sobą tylu wspaniałych
chwil wspólnoty duszy i ciała, gdyby ON był tylko marzeniem, jakimś promykiem
nigdy nie muśniętym. Gdyby ta miłość pozostała tylko twoim niespełnionym
snem... Ból byłby może mniejszy, bo nie wiązałby się ze stratą obecności,
może byłby krótszy, ale zostałabyś całkiem sama z pustką pamięci i z tęsknotą
nigdy się nie kończącą, tak piekącą, tak samotną...
Na zew serca odpowiada cisza, tylko cisza,
ale jakże pełna, pełna wspomnień, bo los który zadaje taki ból, daje ci
także w spadku czas naznaczony waszym istnieniem. Masz coś czego nie ma
nikt, coś co nie potrzebuje pielęgnacji, bo to jest i będzie na zawsze
twoje, tylko twoje.
A on? Zapewniam cię pozostawił tu coś najwartościowszego,
najgłębszego, najpełniejszego i trwałego, czego nikt ci nie zabierze, co
pomoże przetrwać wszystkie burze.
Pozostawił ci - WASZĄ PRZESZŁOŚĆ.
"Requiescat in pace"
"Koloryt świata otaczającego zależy od stosunku uczuciowego do niego".
A. Kępiński
Cytat ten zaczerpnęłam z książki Marii Szulc
pt. Spotkania z podświadomością po latach, gdzie dodatkowo, niejako w podtytule,
widnieje napis: Hipnoza psychostymulacja.
Książka na "pierwsze wrażenie percepcyjne"
- niepozorna. Miękka okładeczka z rysunkiem drogowskazu zdającym się sugerować
możliwość przemieszczania w dowolnych kierunkach, ale po wydeptanych czterech
dróżkach. Bogata symbolika, prawie zapierająca dech w piersi.
Dzieło dotyka tematów (co zresztą nie jest
tajemnicą, gdy zna się tytuł) dotyczących, w głównej mierze, hipnozy, biostymulacji
i psychostymulacji, ale czyni to w sposób iście freudowski. Autorka w krótkich
objaśnieniach tłumaczy istotę hipnologii, dołącza do tego historię swojej
kariery zawodowej (obfitującej w spotkania ze sławnymi ludźmi i z ich wielkimi
nazwiskami), by wreszcie skupić się na konkretnych przypadkach pacjentów,
na których metody znalazły zastosowanie. I to owocne.
Nie są to moim zdaniem, porywające wyznania;
zwłaszcza dla kogoś kto wobec owych zagadkowych spraw pozostaje raczej
w stosunku - oględnie mówiąc - sceptycznym. Weźmy na przykład historię
tzw. "generała"; więźnia, który tytuł ów wypracował sobie nieludzkim obchodzeniem
się z bliźnimi, zarówno na wolności, jak i za kratami. I oto ten degenerat,
najgorszy z najgorszych, przemienia się w dobrego człowieka, gdyż zostało
mu skutecznie zasugerowane, że "jest człowiekiem zdolnym do litości i dobroci,
a obrzydzeniem napawa go przemoc w stosunku do innych". Nie myślcie, że
stało się to za jednorazowym dotknięciem czarodziejskiej różdżki, której
imię brzmi "hipnoza". Efekt przyniosły żmudne seanse, wieloetapowe spotkania,
okupione prywatnym czasem i nadmiernym wysiłkiem. Zaiste chwalebne.
W książce jednak (i tutaj lekko schylam głowę
przed autorką), między wierszami wyczytać można stosunkowo interesujące
informacje. Znaleźć można wiadomości dające czytelnikowi ogólne rozeznanie
w tematyce hipnologii i przyczyniające się do poszerzenia jego horyzontów
myślowych, a co za tym idzie, stwarza się podwaliny do błyskotliwego zaimponowania
niejednemu erudycie podczas "weekendowego party". Możemy na przykład (oczywiście
po lekturze książki) uświadomić uczestnikom spotkania, że ich zdolności
hipnotyczne ujawnić się mogą żywiołowo w jakichś wyjątkowych okolicznościach,
dajmy na to, gdy znajdą się w niebezpieczeństwie, czyli sytuacji wymagającej
napięcie wszystkich sił psychicznych. A zatem kochani - nie bójcie się
niebezpieczeństw, trudów i znojów życiowych - bo być może one pozwolą nam
odkryć w sobie zdolności hipnotyczne, które później wykorzystacie dla dobra
innych, dla dobra ludzkości. Dodatkowo, ucieszyłam się niebywale, gdy oczom
moim ukazał się piękny termin - analgezja hipnotyczna - oznaczający mniej
więcej tyle co: znieczulenie podczas operacji. Możecie dziwić się, że ja
- okaz zdrowia - tak uradowałam się informacją o możliwości powstrzymywania
krwawienia, czy uśmierzania bólu drogą analgezji hipnotycznej. Ale tego,
o czym piszę powyżej nie należy rozpatrywać jedynie w wymiarze medyczno
- psychologicznym. Analgezja hipnotyczna łączy się obecnie z szerokim kontekstem
społecznym - nie straszne nam już strajki anestezjologów skoro mamy hipnotyzerów.
I jeszcze parę ciekawostek zaczerpniętych
z książki: nieprawdą jest, że na hipnozę podatni są tylko ludzie słabej
woli, gdyż ludzie silni również poddają się jej z łatwością. Podatność
na hipnozę jest raczej zależna od zróżnicowanych, indywidualnych umiejętności
koncentracji na zabiegu.
Na zakończenie chciałabym zamieścić, dla was
drodzy czytelnicy, pewien skrótowy słowniczek terminów pokrewnych bądź
ściśle wiążących się z hipnologią. Zrobiwszy sobie z niego mini-ściągę
nie dacie plamy w żadnej poważnej (i nie tylko) dyskusji:
HIPNOZA WERBALNA - metoda w której mamy do czynienia ze zjawiskami
biofizycznymi polegającymi na przekazywaniu pacjentom sygnałów, informacji
z udziałem słów i zjawisk elektromagnetycznych. Przy stosowaniu H.W. należy
posługiwać się wspólnym dla wszystkich ras ludzkich "językiem snu" - słowa
tworzące ten język powinny być wypowiadane głosem o natężeniu zgodnym z
normami wypracowanymi intuicyjnie.
BIOSTYMULACJA - metoda wypracowana na zasadach hipnozy werbalnej, polegająca
na tym, że w czasie jej trwania podawane informacje kodują się w podświadomości
z udziałem świadomości.
HIPNOZA ABLATACYJNA - metoda polegająca na wprowadzaniu pacjentów w
stan hipnozy, a następnie nakazywaniu im spoglądania na specjalnie wykonaną
w łagodnych kolorach tablicę, z wymalowanymi na niej znakami, (nie spotykanymi
w życiu). Po dłuższym stosowaniu tej metody już samo spojrzenie na znaki
wprowadza pacjentów w stan hipnozy.
Moja wypowiedź nabrała może nieco ironicznego
tonu, ale mam nadzieję, że przyczyni się to wyłącznie do zainteresowania
was książką Marii Szulc. Odsyłam zatem każdego czytelnika do indywidualnych
refleksji i przemyśleń, dodając, że pozycja ukazała się dzięki Wydawnictwu
"Plejada" S.C., Warszawa, 1995.
