Maciej Uhlig

Polska Społeczność Internetu

OGÓLNE OMÓWIENIE RÓŻNIC W ZAAWANSOWANIU ZASTOSOWAŃ SIECI INTERNET W POLSCE I NA ŚWIECIE

(referat wygłoszony 5 paxdziernika na II Forum Teleinformatyki w Legionowie)

/* Zbliżony temat, odnosząc się do treści niniejszego artykułu, omawia Jarosław Zieliński w swoim serwisie Winter: O polskim Internecie" */

Internet ma już ponad 25 lat. Niedawno (niezbyt hucznie) obchodziliśmy piątą rocznicę polskiego Internetu. Warto z tej okazji zastanowić się, czy dziś, u schyłku 1996 roku, polski Internet nadal dzieli od globalnego 20 lat, czy też może dystans ten jest już mniejszy. Jakie są różnice pomiędzy Internetem w krajach wysoko rozwiniętych, a naszą rozwijającą się jednak przecież krajową siecią komputerową?

Wiadomo, że działanie Internetu można opisać, posługując się modelem złożonym z czterech warstw. Najniższa warstwa to warstwa fizyczna. Opisuje ona działanie urządzeń sieciowych i okablowania, łączącego te urządzenia. Najwyższa z warstw to warstwa aplikacji. Ta warstwa opisuje działanie programów, z którymi styka się bezpośrednio na swoim stanowisku pracy użytkownik Internetu. Pomiędzy tymi warstwami leżą dwie warstwy, stanowiące domenę administratorów sieci - warstwa opisująca kierowanie datagramów pomiędzy ich źródłem a przeznaczeniem, oraz warstwa opisująca sposób przesyłania informacji pomiędzy systemami komputerowymi. Spróbujmy przyjrzeć się różnicom pomiędzy naszym, a zachodnim Internetem, z perspektywy czterech warstw protokołów Internetu.

Zacznijmy od warstwy fizycznej. Z pewnością można dziś u nas, podobnie jak na Zachodzie, kupić, często zupełnie niedrogo, komputer umożliwiający pracę w Internecie. Zwykle jest to komputer o architekturze Intela (zwany popularnie pecetem), wyposażony w system operacyjny z graficznym interfejsem użytkownika, najczęściej Microsoft Windows 95. Warto tu wspomnieć o niekwestionowanych zasługach Microsoftu w popularyzacji Internetu, osiągniętych dzięki wbudowaniu narzędzi internetowych w najnowsze systemy operacyjne. Dostęp do systemów komputerowych o innej architekturze jest jednak utrudniony. Sprowadzenie sprzętu (np. komputerów Sun) ze Stanów zajmuje w najlepszym razie (bierzemy tu pod uwagę całą procedurę: wybór sprzętu, postępowanie ofertowe, zamówienie, realizacja zamówienia) niemal pół roku. Jaskrawo odbiega to od amerykańskich praktyk, kiedy to można zakupić system komputerowy w ciągu paru dni, posługując się mechanizmami zakupu przez Internet). Nie ma w zasadzie problemu z zakupem modemu lub kart sieci lokalnej. W wielu instytucjach buduje się nowoczesne okablowanie strukturalne, które w teorii ma umożliwić transmisję danych z szybkością 100 Mbps. Jakość tego okablowania zweryfikuje przyszłość. Indywidualny użytkownik Internetu ma do dyspozycji uzyskiwanie połączeń z Internetem poprzez publiczną sieć telekomunikacyjną, bądź z serwerami komunikacyjnymi udostępnianymi przez macierzyste instytucje, bądź też przez firmy, zajmujące się „dostawą Internetu”. Jest wśród nich od niedawna Telekomunikacja Polska. Cena, którą trzeba zapłacić za indywidualny dostęp do Internetu, to w najlepszym razie koszt rozmowy lokalnej (przypomnijmy, że zależny od czasu połączenia), w najgorszym razie trzeba do tego dodać opłatę za konto w systemie wielodostępnym i opłaty za porady lekarskie w związku z pogorszeniem się stanu zdrowia spowodowanym częstymi problemami technicznymi, związanymi z korzystaniem z tych usług.

Pojedyncze strumyki informacji, generowane przez indywidualnych użytkowników, zbiegają się w rwące rzeki. Zadanie regulacji tych rzek należy do przedsiębiorstw, zajmujących się udostępnianiem Internetu na dużą skalę. Wśród nich wiedzie na razie prym Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, oferująca przyłączenie do sieci w kilkunastu polskich miastach, przeważnie w ośrodkach akademickich. Dziś chyba już nikt nie pamięta, że Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa powstała w celu obsługi środowiska naukowo-akademickiego. Pęd do pieniędzy okazał się tak duży, że dziś kierownictwo NASK bez żenady przyznaje, iż ze środowiskiem naukowym i uczelnianym łączy je jedynie tradycyjna nazwa. NASK łączy polski Internet z Internetem światowym poprzez dwa łącza satelitarne: do Stanów i do Sztokholmu. W ostatnich dniach zlikwidowano (dodajmy, że w mało elegancki sposób) naziemne łącze do Wiednia. Tym sposobem szerokość pomostu łączącego NASK z Zachodem została w pewnym stopniu zmniejszona. Na szczęście nie tylko NASK zapewnia dziś Polsce łączność z Internetem. Istnieją już łącza Telekomunikacji Polskiej, Telbanku i niezależnych dostawców komercyjnych. Powstały po aferze cennika NASK z przełomu 1995 i 1996 r. Po niedawnej podwyżce cen w NASK, połączonej z redukcją przepływności do globalnego Internetu, można spodziewać się rychłego upadku tego przedsiębiorstwa sieciowego. Już niedługo przestanie ono przecież otrzymywać dotacje z budżetu państwa. Środowiska akademickie, które w międzyczasie zbudowały w swoich miastach miejskie sieci komputerowe, niebawem niechybnie zechcą skorzystać z usług tańszych dostawców Internetu. Jednym z nich jest Telekomunikacja Polska, z usług której korzysta NASK. Po co płacić sporo pośrednikowi, jeśli można płacić mniej właściwemu dysponentowi łącz telekomunikacyjnych? Ale to nie koniec polskich problemów. Dlaczegóż ma być w państwie tylko jeden dysponent kabli i kanalizacji telefonicznej? Są przecież jeszcze Polskie Sieci Energetyczne i Kolpak. Ale są też i strażnicy starego porządku: Ministerstwo Łączności i ustawodawca. Świadczenie większości usług telekomunikacyjnych (przez co prawem kaduka rozumie się i usługi internetowe) wymaga uzyskiwania zezwoleń i koncesji. Nie jest je łatwo uzyskać, zwłaszcza środowiskom akademickim, które po zbudowaniu sieci miejskich chciałyby odzyskać część budżetowych środków udostępniając Internet firmom. Wszystko dlatego, że nadrzędnym interesem nie jest interes społeczny, ale interes państwa, w tym - interes monopolisty. Aby być sprawiedliwym trzeba wspomnieć, że nie dysponujemy nadmiarem siły roboczej, zdolnej do uruchomienia i eksploatacji rozległej sieci komputerowej. Dziś skoncentrowana jest ona w uczelniach i w NASK. Niewykluczone, że ostatecznie trafi do tych, którzy zaoferują lepsze warunki.

Nie trzeba chyba dodawać, że tam, gdzie istnieje wolny rynek i konkurencja, nie mamy do czynienia z podobnymi problemami. Jeśli użytkownicy mają potrzeby (a te, wraz z rozwojem technologii, niezwykle szybko rosną), realizują je, i to płacąc coraz mniej.

Przejdźmy do programów zastosowań. Tu prym wiedzie od paru lat multimedialny system informacyjny WWW. Każda szanująca się instytucja instaluje własny serwer albo przynajmniej własne strony WWW. Niestety, w naszym kraju niewiele można znaleźć serwisów WWW, które wykorzystywałyby najnowsze technologie (Active X, ONE). Co gorsza, wiele serwisów WWW zrealizowanych jest wyjątkowo nieudolnie pod względem technicznym. Robią one wrażenie, że ich twórcy traktują tworzenie serwisów WWW jako zajęcie uboczne, dorywcze, przejściowe. Często zdarzają się informacje typu „strona w trakcie konstrukcji”, na stronach występują nieaktywne łączniki. Wszystko to udowadnia, że stworzenie przyzwoitej strony WWW jest dla wielu polskich twórców zadaniem ponad siły. Z pewnością przyczyną tej niekorzystnej sytuacji jest niewielkie jednak zainteresowanie polskich menedżerów promocją własnych firm w Internecie. Sytuacja ta jaskrawo odbiega od standardów obowiązujących w krajach rozwiniętych, gdzie utrzymywanie aktualnych i atrakcyjnych stron WWW jest elementem planowej strategii marketingowej. Co więcej, w tej kampanii marketingowej uczestniczą nie tylko wielkie i liczące się firmy, ale także i jednoosobowe przedsiębiorstwa, często, acz nie zawsze, specjalizujące się w rozwiązywaniu szeroko rozumianych problemów dostępu do Internetu.

Opisane powyżej problemy nie dotyczą, niestety, jedynie firm komercyjnych. Z przykrością należy stwierdzić, że własnego serwisu WWW nie posiada Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Serwis udostępniany przez rząd pozostawia wiele do życzenia. Odpowiedzialni zań administratorzy mogliby się wiele nauczyć, pilnie zapoznając się z zawartością serwera WWW administracji Białego Domu. Można tam znaleźć graficzną i tekstową wersję serwisu (ważne dla posiadaczy wolnych łącz do Internetu), zachwycająca jest szata graficzna, a nie mniejsze wrażenie pozostawia zawartość informacyjna serwisu. Pozwala ona obywatelom nie tylko zapoznawać się z bieżącą działalnością administracji, ale i wyrażać własne opinie. Z pewnością sprzyja to współdziałaniu rządu i obywateli, wytwarzając przynajmniej wrażenie, że komunikacja administracji ze społeczeństwem nie jest jednokierunkowa. Niezwykle ważnym fragmentem internetowego serwisu informacyjnego Białego Domu jest „Biały Dom dla dzieciaków” - atrakcyjny serwis przeznaczony dla najmłodszych internautów, którzy moga dzięki niemu zapoznawać się z podstawami państwowości USA.

Wspólnym problemem warstwy aplikacji jest kodowanie polskich znaków diakrytycznych. Wydaje się, że już niewiele brakuje, aby środowisko zgodziło się co do tego, że standardem polskich znaków w Internecie jest kod ISO 8859-2. Niestety, wielu nieprofesjonalnych dostawców Internetu z uporem maniaka stosuje, rzekomo w trosce o wygodę swoich klientów, kodowanie CP 1250. Ten argument ostatnio upada, z uwagi na wprowadzenie do eksploatacji wersji 3.0 przeglądarek Internet Explorer i Mozilla, które bez (lub z niewieloma) problemami obsługują polskie znaki diakrytyczne. Problem ten, bardziej niż WWW, dotyka poczty elektronicznej i systemu Usenet, gdzie łączy się z konfiguracyjnymi problemami programów dystrybucji poczty (np. sendmail).

Najmniej problemów, na pierwszy rzut oka, dotyczy środkowych warstw protokołów TCP/IP. Polski Internet działa dzięki najnowocześniejszym urządzeniom sieciowym renomowanych firm o znaczeniu światowym. Generalnie, każdy użytkownik Internetu może uzyskać połączenie z każdą maszyną w tej sieci. W praktyce, jednakże, występują problemy. Nie jest dla przeciętnego użytkownika jasne, dlaczego, podczas połączenia z serwerem uniwersyteckim w swoim mieście, dzwoniąc do Internetu poprzez publiczną sieć TPSA, czasy oczekiwania są długie. Tymczasem, połączenia pomiędzy siecią TPSA, Telbanku i NASK, realizowane są jedynie w Warszawie. To pół biedy, gorzej, gdy pakiety z jednego polskiego miasta do drugiego wędrują przez Stany Zjednoczone. Z jednej strony, przyczyną tego niekorzystnego dla użytkownika stanu rzeczy jest niekompetencja administratorów sieci. Nie jest to jednak przyczyna najważniejsza. Druga strona medalu jest ciemniejsza: chodzi o zasady rozliczeń międzyoperatorskich. Niestety, rodzimi menadżerowie Internetu chcieliby liczyć każdy megabajt i każdą złotówkę. Dyrektorzy NASK są sztandarowym przykładem tego kunktatorstwa. To podejście w jaskrawy sposób różni się od zasad biznesu w Stanach. Tam zasady są prostsze, a reguły jaśniejsze. Kto zyskuje, ten płaci. Wszystko.

Mamy również do czynienia z aroganckim traktowaniem użytkowników sieci przez dostawców usług sieciowych. Przejawia się to w niezapowiedzianych manipulacjach w strukturze sieci, które powodują przerwy w ciągłości jej działania. Na listach dyskusyjnych i w newsach bardzo często pojawiają się związane z tym narzekania użytkowników. Do najświeższych przykładów takich negatywnych zjawisk zaliczyć można wspomianą likwidację linii do Wiednia przez NASK, nieustające problemy użytkowników WARMANa, perturbacje związane ze zmianą dostawcy usług przez TERNET czy wreszcie wadliwe rozwiązania techniczne dostępu komutowanego do Internetu zastosowane przez TPSA. Nie ulega wątpliwości, że dziś - w zakresie Internetu - mamy w Polsce nadal do czynienia z rynkiem producenta, a nie konsumenta.

Reasumując trzeba stwierdzić, że życie z polskim Internetem nie jest łatwe. Znaczenie globalnej sieci komputerowej polega jednak między innymi na tym, że w ciągu kilku chwil można stwierdzić, że gdzie indziej jest inaczej, lepiej, taniej. Ta świadomość, której niezwykle szybko nabierają polscy użytkownicy Internetu, bez wątpienia spowoduje, że i u nas dostawcy Internetu zostaną zmuszeni do realizacji społecznych oczekiwań.

Copyright © 1996 Maciek Uhlig, Polska Społeczność Internetu